„Dmuchawce, latawce, wiatr…”  – Ta piosenka, śpiewana przez moją imienniczkę, była przed laty wielkim przebojem w sielskim „klimacie”. Ale wtedy u nas wiatr jeszcze nie kojarzył się z prądotwórczymi wiatrakami. Dziś na polskiej wsi jest ich coraz więcej. I jednocześnie przybywa ich lokalnych przeciwników. To oni powodują, że mimo dużego zainteresowania inwestorów i samorządowców, wielkie śmigła wciąż są w naszym krajobrazie rzadkością.
Edukacja ekoenergetyczna i świadomość „cywilizacyjna” zrobiły po części swoje. Dziś nikt poważny nie straszy sąsiadów, że kury przestaną nieść, a krowy nie dadzą mleka. Nie znaczy to jednak, że argumenty adwersarzy wiatraków są łatwiejsze do zbicia. Przeciwnie – spadek wartości okolicznych działek, dokuczliwy hałas, ewentualne schorzenia wywołane przez ultradźwięki czy mniejsza atrakcyjność turystyczna terenów z wiatrakami to hasła, które brzmią rozsądnie. A że nie są one całkiem lub wcale uzasadnione, to już kwestia wtórna (bądź uwarunkowana lokalną specyfiką), bo wiadomo, że w gorących sporach emocje są silniejsze niż racje. Problem tkwi także w tym, że z pomocą zwolennikom energetyki wiatrowej nie przychodzą same przepisy, które w kilku bardzo istotnych sprawach, np. dopuszczalnej odległości wiatraków od zabudowań, są trudne do praktycznego zweryfikowania przez wszystkich zainteresowanych (bo decydują tu… decybele).
Część „prowiatrowców” skarży się, że zmiany w prawie są nikłe i zachodzą powoli. To na pewno temat do dyskusji, która już zresztą trwa, m.in. na naszych łamach. Ale dyskusyjne jest też działanie tych inwestorów, którzy najpierw bagatelizują obawy czy interesy społeczności lokalnych, a potem dziwią się i oburzają, że ktoś „nagle” stara się im przeszkodzić. Warto tu pamiętać nie do końca adekwatne, ale tematycznie bliskie przysłowie: „Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę”! Można być wszak pewnym, że walczący z tymi wiatrakami Donkiszoci pojawią się wszędzie i trzeba się na to przygotować. Edukacja – owszem, niedoskonała, nigdy nie rozwiąże problemu całkowicie, bo są ludzie bardzo na nią odporni. A media im czasem sprzyjają, podsycając atmosferę kontrowersji i zagrożenia.
„Hm, a może morze?!” Zamieszczony w tym numerze wywiad z prezesem Polskiego Towarzystwa Energetyki Wiatrowej kieruje naszą uwagę hen za linię morskiego horyzontu. Bo 20 km od brzegu wiatraki psułyby widok co najwyżej kilku rybakom, nikły hałas zagłuszałyby nawet małe fale, żadna działka nie straciłaby na wartości, a wiatru – nie tylko w żagle – jest tam przecież najwięcej. Tytuł tego wywiadu jest więc całkiem nieprimaaprilisowy.
 
 
Urszula Wojciechowska
Redaktor naczelna