1 / 5

Gdyby na placach i ulicach stworzono tyle możliwości zabawy, ile jest miejsc parkingowych, dzieci nie byłyby pominiętą grupą społeczną. Być może kiedyś skorzystałby z tych możliwości niejeden zestresowany biznesmen – G. Beltzig „Księga placów zabaw.”

Podobno jeśli miasto jest przyjazne dla dzieci, jest przyjazne dla wszystkich. Co na podstawie tego stwierdzenia można powiedzieć o naszych miastach?

Place zabaw – nie rewolucja, ale ewolucja

Mimo iż w naszych miastach wciąż dominują standardowe, prawie identyczne place zabaw, z bardziej lub mniej złożonym zestawem urządzeń, coś zaczęło się w ostatnich latach zmieniać. Na Zachodzie możemy obserwować nowatorskie, autorskie projekty, jak chociażby genialne pomysły holenderskiej pracowni CARVE. Miasta nie skąpią przestrzeni, oddając dzieciom coraz większe obszary. Place zabaw rozrastają się, ale też oferują coraz ciekawsze rozwiązania. Nawet w Polsce zaczynają się pojawiać inne rodzaje urządzeń, np. zabawki muzyczne (patrz „Zieleń Miejska” 02/2015), edukacyjne (np. wyjaśniające zjawiska fizyczne), a nawet wykorzystujące elektronikę. W ostatnich latach powstał również pierwszy recyklingowy plac zabaw z certyfikatem bezpieczeństwa, wykorzystujący opony i palety z odzysku (opisany w „Zieleni Miejskiej” 03/2015). Chociaż idea przygodowych placów zabaw w oficjalnej formie jeszcze do Polski nie dotarła i pewnie nie dotrze, zanim nie pojawi się zawód „playworkera”, to jednak obserwujemy coraz większe zainteresowanie inną ciekawą formą – naturalnymi placami zabaw. Coraz więcej decydentów i klientów prywatnych dostrzega potrzebę tworzenia nie tylko kolejnych miejsc dla dzieci, ale też przestrzeni ciekawych, rozwijających i pobudzających wyobraźnię, a także pozwalających na kontakt z przyrodą. Do tego należałoby doliczyć wszystkie działania mające na celu promocję sportu. Akcja „Moje boisko – orlik 2012”, choć często krytykowana, szczególnie cenna okazała się w mniejszych miejscowościach, gdzie przyczyniła się do integracji społeczności lokalnej. Można również powiedzieć, że wprowadzenie stanowiska animatora orlika to zaczątek myślenia o „playworkerach”. Coraz popularniejsze są zewnętrzne siłownie oraz zestawy do parkouru. Poza skate-parkami zaczęły pojawiać się w Polsce pumptracki, czyli rowerowe place zabaw („Zieleń Miejska” 09/2014). Być może wciąż są to działania na małą skalę, ale można mieć nadzieję na efekt śnieżnej kuli.

Z miłości do dziecka czy dla świętego spokoju?

Cytowany wcześniej G. Beltzig twierdził, że place zabaw są „protezami kalekiego społeczeństwa”. Wydzielone, ogrodzone przestrzenie pozwalają zamknąć dzieci jak w klatce i uspokoić sumienie – „tak, pomyśleliśmy o dzieciach i… możemy o nich zapomnieć”. Tymczasem nie wystarczy urządzić najlepszego na świecie placu zabaw, jeśli nie będzie do niego dostępu. Co prawda współczesne dzieci i tak coraz więcej czasu spędzają w samochodach, zawożone do szkoły lub na zajęcia pozalekcyjne, ale czy to oznacza, że powinniśmy je jeszcze dowozić na place zabaw? Chcąc uczynić miasto dostępnym dla dzieci należy myśleć o stworzeniu sieci miejsc służących zabawie, gdzie place zabaw i inne obiekty będą rozmieszczone równomiernie, aby każde dziecko miało łatwy dostęp do nich oraz o bezpiecznej komunikacji między nimi. Dotyczy to również przedszkoli, żłobków, klubów malucha, a także coraz popularniejszych kawiarni rodzinnych i miejsc organizujących warsztaty rozwojowe. Taka sieć powinna uwzględnić również dostęp do parków, lasów i innych terenów zieleni, które najprawdopodobniej, uwzględniając tzw. zespół deficytu natury zdefiniowany przez R. Louva w książce „Ostatnie dziecko lasu”, są jeszcze bardziej potrzebne niż kolejne zajęcia pozalekcyjne (więcej o mieście jako sieci w artykule „Dziecko w mieście” w „Zieleni Miejskiej” 12/2012).

Całe miasto placem zabaw?

Obraz Petera Bruegela Starszego „Zabawy dziecięce” doskonale oddaje to, co było istotą zabawy przez całe wieki. Chodzi o zabawę w towarzystwie przyjaciół, młodzieży i dorosłych, w przestrzeni całego miasta. Z oczywistych powodów nie wrócimy do zabaw na ulicy, ale może udałoby się sprawić, żeby miasto stało się miejscem bardziej… zabawnym.

Taka idea przyświecała twórcom akcji „The Fun Theory”, w ramach której uczestnicy próbowali wprowadzić zabawę do miast, a jednocześnie zachęcić ich mieszkańców do zmiany nawyków, np. do wybierania schodów tradycyjnych zamiast ruchomych albo do sprzątania po sobie.

W ramach „The Red Swing Project” tysiące zaangażowanych fanów na całym świecie wieszało prostą czerwoną huśtawkę w miejscach nieoczywistych – na przystankach, w opuszczonych budynkach, na latarniach… Wszystko po to, aby zachęcić przechodniów do zatrzymania się na chwilę, zwolnienia tempa, zwrócenia uwagi na miejsce wcześniej niezauważane i po prostu – dla zabawy.

Huśtawka na przystanku pojawiła się również w Sopocie, za sprawą grupy Tabanda. Instalacja została wykonana w ramach plenerowej galerii i była jednym z punktów tzw. Otwartego Kurortu Kultury w 2011 r.

Nad polskim morzem od kilku lat realizowany jest projekt Gdynia Playground, zainicjowany przez Pomorskie Stowarzyszenie Projektantów „PoCoTo”. Jak o ostatniej edycji „Nastrajanie miasta” piszą autorzy: „Celem wydarzenia jest promocja designu w przestrzeni publicznej poprzez instalację interaktywnych projektów artystycznych. Intrygujące propozycje architektoniczne tworzą przyjazne miejsce, wprowadzając w tkankę miejską odżywczą energię. Zaprezentowane na Bulwarze instalacje reaktywują dziecięcą ciekawość świata i zapraszają do zabawy, umożliwiając doświadczanie całego spektrum ludzkich nastrojów” (playground.pocoto.eu).

Te wstrętne parkingi

Czasem wystarczą kreda i kawałek asfaltu. Czasami kilka niewielkich urządzeń dla deskorolkowców w parku lub na miejskim placu. Niekiedy fontanna o otwartym obiegu. Albo po prostu mądrzejsze wykorzystanie przestrzeni.

Coroczna akcja Park(ing) Day ma na celu uzmysłowienie, jak wiele przestrzeni tracimy na wielogodzinne przechowywanie samochodów i jak można by ją lepiej wykorzystać. Można też podejść do sprawy inaczej. Trudno ocenić czy projektanci z biura NL Architects, autorzy projektu szkoły w Knokke-Heist w Belgii, znali cytat przytoczony na początku artykułu, ale ich pomysł wydaje się dokładną odpowiedzią na słowa Beltziga. Przy drodze dojazdowej do szkoły znajduje się duży, wielofunkcyjny plac. Na co dzień służy dzieciom jako miejsce do gier zespołowych, organizowania zawodów sportowych i festynów rodzinnych. Jeśli na hali sportowej przy szkole odbywają się zawody lub inne wydarzenie, a także wieczorami miejsce to zamienia się w parking. W nawierzchni uwzględniono więc zarówno linie boisk jak i miejsc parkingowych.

W kwestii tworzenia przyjaznych miast nasze władze mają jeszcze bardzo dużo do zrobienia, ale nie oznacza to wcale, że musimy czekać z założonymi rękami. To właśnie inicjatywy oddolne i działania artystyczne sprawiają, że życie w mieście staje się przyjemniejsze. Dużo zależy również od naszego zaangażowania, poparcia dla wartościowych inicjatyw, zgłaszania projektów w ramach budżetu obywatelskiego. Czasem jednak najważniejsza jest zmiana podejścia. Jeśli przestaniemy traktować miejsca dla dzieci jako przechowalnie, a zaczniemy szukać przestrzeni, gdzie całą rodziną ciekawie spędzimy czas, może się okazać, że tradycyjne place zabaw nie są nam po prostu potrzebne, a miasto dostarcza wielu okazji do zabawy. Przykłady można odnaleźć w numerze 4 rocznika „Szt. Ogrodu”, w całości poświęconym projektowi „Idziemy na pole”.

Anna Komorowska
Pracownia k.

Artykuł opublikowany w “Zieleń Miejska Plus” dodatku specjalnym do marcowego (3/2015) wydania miesięcznika “Zieleń Miejska”

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj