— Najbardziej obawiam się, że sprawa zakończy się w sposób charakterystyczny dla poprzedniego systemu, znajdzie się jakiś kozioł ofiarny i tyle. Bez ustalenia co właściwie się zdarzyło, co nie zadziałało, kto realnie ponosi odpowiedzialność. I przede wszystkim bez trwałej poprawy całego systemu – mówi w rozmowie z Onet.pl prof. Mariusz Czop z Wydziału Geologii, Geofizyki i Ochrony Środowiska Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Monitoring nie odpowiada na współczesne zagrożenia, bardzo słabo to wygląda. Chemia otacza nas z każdej strony, a do tego ludzie nie mają żadnych hamulców. Zakopują niebezpieczne odpady nie tylko w lasach, ale nawet na swoich działkach. W związku z tym dlaczego nie mielibyśmy ich wyrzucać do rzek?

– Monitoring rzek jest przede wszystkim bardzo niedokładny, zarówno pod względem małej liczby punktów badawczych, jak i zakresu prowadzonych badań. Podam przykład bydgoskich zakładów Zachem (obecnie nieczynne przedsiębiorstwo). Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska dopiero po latach przyznał, że nie ma możliwości badawczych, aby wykrywać substancje chemiczne występujące w okolicznych wodach. Wcześniej mówili ludziom i pewnie też decydentom, że jest czysto – mówi prof. Czop w rozmowie z Onet.pl

Tyle, ile się wymaga

Związki, które przedostały się do wód powierzchniowych i podziemnych nie występowały na tzw. liście normatywów, czyli parametrów, do badania których zobligowany jest WIOŚ. Ustawodawca nie stworzył zarządzenia, które obejmowałoby te związki w parametrach jakościowych wody.

– WIOŚ przyjeżdżał, robił badanie i mówił, że woda nadaje się nawet do picia. Nasze badania wykazały jednak obecność związków o charakterze kancerogennym w stężeniach niebezpiecznych dla zdrowia, a nawet życia ludzi. Niemniej jednak od służby stojącej na straży ochrony środowiska w Polsce należałoby wymagać zdecydowanie więcej niż tylko ślepego trzymania się wadliwych rozporządzeń. Choćby realnych działań w celu ich poprawienia lub uzupełnienia mówi profesor.

Wina systemu

Często za zły stan czy zagrożenia w jakiejś dziedzinie naszego życia obwiniamy ustawodawcę. W Polsce obowiązują przepisy, w myśl których można tymczasowo zorganizować kąpielisko w dowolnym miejscu, nawet bez żadnych badań jakości wody. Na co dzień, zgodnie z rozporządzeniem, sprawdza się tylko poziom bakterii, takich jak Escherichia coli.

– Może zatem być nawet rtęć, ale jak nie ma bakterii, to ludzie mogą się kąpać. Urzędnicy zaś mówią, że nie mogą robić szerzej zakrojonych badań, bo ktoś mógłby… oskarżyć ich o niegospodarność. A gdy takowych domagają się naukowcy, to słyszymy, że chcemy wyciągnąć “kasę” na badania, żeby “trzaskać” sobie tytuły naukowe! – mówi prof. Mariusz Czop.

Na terenie kraju działa kilka tysięcy punktów monitoringu wód powierzchniowych i podziemnych. Zdaniem profesora to zdecydowanie za mało, bo większość z nich nie pokazuje odczytów w sposób ciągły, tylko robi się tam pomiar np. raz na rok lub kilka lat. Przy tych zagrożeniach i skali bezkarności trucicieli jest to po prostu niewystarczające.

Przyczyna wciąż nieznana

Cały czas nie wiemy jaka substancja zanieczyściła Odrę. Winowajcą był już mezytylen, Niemcy stwierdzili wysokie stężenie rtęci, strona Polska zaprzecza obecności metali ciężkich w wodach rzeki. Zdaniem eksperta do obecności rtęci w wodzie trzeba podchodzić ostrożnie.

– Kiedy jakiś organ mówi, że wykrył w wodzie rtęć, to nie ma na myśli rtęci metalicznej, takiej jaką znamy z termometrów, ona nie rozpuszcza się w wodzie. Tu chodzi o taką postać rtęci, która może rozpuścić się w wodzie, a więc o jakieś związki chemiczne, które zawierają ten pierwiastek – ocenia prof. Czop.

Na razie nie wiadomo jaki e związki wchodzą w grę, ponieważ za pomocą wstępnych badań wykrywa się tylko całkowite stężenie danego pierwiastka. Dopiero po jego wykryciu robi się oznaczenia tzw. specjacji, czyli poszukuje konkretnych postaci — związków rtęci — pod jakimi może występować.

– Procedura jest dwuetapowa, ponieważ badanie specjacji jest stosunkowo drogie i czasochłonne, czasami konieczny jest także ponowny pobór próbki oraz jej odpowiednie zakonserwowanie. Najgorsze są oczywiście związki rtęcioorganiczne, bo te w bardzo łatwy sposób mogą się odkładać w organizmach żywych – mówi profesor.

Kluczowe jest stężenie

Domniemany związek rtęci może jednak odpowiadać za masy martwych ryb, jeśli jego stężenie jest duże. W przypadku niskiego efekt byłby odroczony, ale równie tragiczny. Wyniki uzyskane na stacji pomiarowej we Frankfurcie nad Odrą, opublikowane w czwartek w social mediach wskazują, że w rzece podniosło się wiele wskaźników, m. in. pH i przewodność. Tyle, że to nie do końca zgadza się z obecnością rtęci.

– Przewodność wody to tak naprawdę jej zasolenie, czyli suma wszystkich rozpuszczalnych związków, które znajdują się w rzece. A nie wydaje mi się, żeby ktoś był w stanie zrzucić do Odry aż tyle chlorku rtęci. Ale może też być tak, że nakłada się tutaj na siebie kilka zjawisk. Przecież cały czas do Odry zrzucane są wody z odwadniania kopalń węgla kamiennego, które są bardzo mocno zasolone. Takie zasolone wody zrzuca również KGHM. Jeśli poziom rzeki jest niższy — jest w niej mniej wody – a zrzut wód kopalnianych i ścieków pozostaje ten sam, to parametry fizykochemiczne wody w rzece będą ulegać zmianie. Odczyty z Frankfurtu mogą również podpowiadać, że obecnie mamy do czynienia nie z jedną toksyną, ale większą ich ilością. W dalszym ciągu zatem należy apelować do służb o wykonanie badań pod kątem szerokiego wachlarza wszelkich możliwych zanieczyszczeń i parametrów fizykochemicznych wody – wyjaśnia prof. Czop w rozmowie z Onet.pl.

Znaleźć winnych

Przestępstwa przeciwko środowisku bardzo trudno się udowadnia, bo to skomplikowane sprawy. Dotychczasowe polskie doświadczenia uczą też, że niestety prokuratury uważają je za mało szkodliwe.

Jeśli mam być szczery, to będę bardzo zdziwiony jeśli uda się znaleźć sprawców. Najbardziej obawiam się, że sprawa zakończy się w sposób charakterystyczny dla poprzedniego systemu, znajdzie się jakiś kozioł ofiarny i tyle. Bez ustalenia, co właściwie się zdarzyło, co nie zadziałało, kto realnie ponosi odpowiedzialność. I przede wszystkim bez trwałej poprawy całego systemu, tak aby podobna sytuacja już nigdy nie miała miejsca. A więc znowu będzie jak dotychczas — aż do kolejnej, niewyobrażalnej katastrofy.

Z prof. Mariuszem Czopem rozmawiał Jakub Kapiszewski

Źródło: Onet.pl

Czytaj więcej

Skomentuj