I tak oto rząd przyjął dokument pt. Polityka energetyczna Polski do 2025 r. Zakłada się w nim m.in., że za dwie dekady zużycie energii elektrycznej będzie wyższe o 80-93%. Za najistotniejsze zasady polityki energetycznej uznano harmonijne gospodarowanie energią, pełną integrację energetyki polskiej z europejską i światową, wypełnianie zobowiązań traktatowych, konkurencję rynkową (z administracyjną regulacją w pewnych obszarach) oraz wspomaganie rozwoju odnawialnych źródeł energii (OZE). Ambitnie, prawda?
Rząd przyjmuje cztery scenariusze rozwoju sytuacji. Priorytetem jest scenariusz „traktatowy”, czyli spełnienie wymogów UE dotyczących ograniczeń emisji spalin oraz osiągnięcie 7,5% zużycia energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych i 5,75% udziału biopaliw w ogólnej sprzedaży benzyn i olejów napędowych w 2010 r. Nowatorską propozycją jest kompleksowe podejście do zarządzania bezpieczeństwem energetycznym – tym bardziej istotne, że z tym bezpieczeństwem jest coraz gorzej (zresztą nie tylko w Polsce).
Cieszy fakt, że wspieranie OZE uznano za cel strategiczny (może to wynikać nie tyle z przekonania, ile ze strachu przed Komisją Europejską, no, ale mniejsza o przyczyny, gdy skutki mogą być dobre).
Ogólnie wszystko brzmi tu ciekawie i optymistycznie (jak to zwykle bywa w długoterminowych planach, z których twórcy nie będą rozliczani). Ale przynajmniej jeden wątek musi poważnie zastanawiać. Skąd mianowicie założenie o aż tak ogromnym (niemal podwoj...