Wspólne nie oznacza niczyje
W miastach często sadzimy więcej drzew, niż jesteśmy w stanie później pielęgnować. W efekcie młode nasadzenia usychają, a starsze drzewa tracą należytą opiekę. Tymczasem przykład Nowego Jorku pokazuje, że zaangażowanie społeczności w pielęgnację drzew może działać z powodzeniem na ogromną skalę. Czy w Polsce też moglibyśmy zaufać ludziom i oddać im w ręce zieloną odpowiedzialność?
Wcodziennym pośpiechu wielu z nas nie dostrzega zieleni, która nas otacza. Przechodzimy obojętnie obok nowo posadzonych drzew albo szukamy cienia pod tymi dojrzałymi, traktując je jak coś oczywistego – przecież zawsze były. Gdy jedno zniknie, ktoś przecież dosadzi kolejne – i na pewno o nie zadba. Czy aby na pewno? Drzew sadzi się w wielu przypadkach zdecydowanie za dużo, co samo w sobie nie jest złe, niemniej staje się problematyczne z punktu widzenia ich pielęgnacji, dalszych zabiegów i – ogólnie rzecz biorąc – tego, jak będą wyglądać za kilka lat. Trudno przecież przyjrzeć się dokładnie tysiącom młodych drzew, których liczba rokrocznie się zwiększa.
Wystarczy policzyć, ile wody potrzebuje każde drzewo – ile to beczkowozów, kursów i godzin pracy? A przecież podlewanie to jedna z prostszych czynności. Co z weryfikacją stanu młodych drzew czy wykonaniem niezbędnych cięć? Czas nie jest z gumy, a zasoby ludzkie mają swoje granice. Na szczęście są osoby chętne do pomocy. Wystarczy dać im narzędzia ...