Można zadać sobie pytanie: czy po prostu mamy pecha, że przyszło nam żyć w bardziej suchych latach? Jednak wiele czynników powodujących suszę to po prostu efekt naszych przeszłych i obecnych działań. Jedyny pech polega na tym, że skutki działań człowieka zbiegły się w tym samym czasie. I to kolejny rok z rzędu.

Każda susza zaczyna się od deficytu opadów. Najczęściej kojarzona jest z ich brakiem, jednak do rozwoju suszy atmosferycznej przyczynia się też długi okres zmniejszonych opadów. Aktualnie dla większości kraju mamy suszę atmosferyczną dwunastomiesięczną – co oznacza, że przez cały rok było mniej opadów, niż wynika to ze średniej wieloletniej.

Webinarium o przeciwdziałaniu skutkom suszy: susza.abrys.pl

To ten „drobny pech”, który nam się przytrafił, bo dotychczasowe dane oraz przewidywania modeli klimatycznych pokazują, że roczna wielkość opadów w Polsce się nie zmienia, a może nawet trochę rosnąć w przyszłości. Niestety ostatni rok był poniżej tej średniej. Ale ten pech także jest wynikiem zmian, które jako ludzie spowodowaliśmy – a dokładniej antropogenicznej zmiany klimatu, której konsekwencją są coraz częstsze stany skrajne.

Opad opadowi nierówny

Roczna wielkość opadu się nie zmieniła. Zmienił się jednak rozkład opadów w ciągu roku. Rośnie liczba dni bez opadów, a gdy już pada, to w ciągu jednego lub kilku dni mamy wielkość opadu, który powinien spaść na przestrzeni tygodni czy nawet miesięcy.

Skutek ten jest obserwowany na całym świecie. Przykładowo: w Europie praktycznie nie było pokrywy śnieżnej tej zimy, ale już w Norwegii spadła jego rekordowa ilość – grozi to największą powodzią roztopową od wielu lat.

W Polsce ten zmienny charakter opadów obserwowaliśmy na początku maja. 11 maja 2020 r. portal „Pogoda w Łodzi” podsumował opady w tym mieście: w ciągu doby spadło 29,6 mm deszczu, czyli 53% majowej normy opadów dla Łodzi. To, co powinno spaść w sumie przez pół miesiąca, spadło w jeden dzień. Była to taka sama ilość opadów, która przed 11 maja br. spadła w ciągu 62 dni (30 mm opadów zanotowano od początku marca do początku maja).

Dobrą stroną tych opadów było ich rozłożenie się w ciągu doby, co zwiększyło szanse na ich retencję w krajobrazie. Gdy w sierpniu 2019 r. w Łodzi, w ciągu jednego dnia, w niecałe pół godziny spadło 15 mm, mieliśmy zalane ulice, a po kilku godzinach jedynym śladem wody były piaszczyste „zacieki” na drogach.

Niestety obserwowane w ostatnim czasie opady to za mało, bo do zakończenia suszy potrzebujmy opadów po kilka litrów dziennie przez kolejne co najmniej dwa miesiące. Opady z początku maja, podobnie jak opady z przełomu lutego i marca br., zatrzymały tylko dalszy rozwój suszy, nie spowodowały, że zaczęła ona słabnąć.

Zaburzone proporcje

W krajobrazie retencyjnym połowa opadów wsiąkała w glebę, odtwarzając zasoby wód podziemnych, z których rzeki mają stabilne zasilanie niezależne od opadów. Około 40% pozostaje w płytkiej warstwie gleby, skąd czerpią ją rośliny i częściowo poprzez liście oddają w postaci pary wodnej do powietrza. Część tej wody bierze udział w tzw. małym obiegu wody, zwiększając wilgotność powietrza w otoczeniu, a gdy nocą obniża się temperatura, część wraca w postaci rosy na powierzchnię roślin i gruntu. Z całego opadu tylko 10% odpływa powierzchnią do niżej położonych obszarów. I te proporcje zostały przez człowieka zaburzone.

Wspomniana wcześniej zmiana w charakterze opadów powoduje, że nawet dawny krajobraz retencyjny nie jest w stanie zatrzymać krótkiego intensywnego opadu.

Ponadto temperatury rosnące na skutek zmiany klimatu powodują zwiększone parowanie, przez co woda zgromadzona w wierzchniej warstwie gleby szybko paruje.

I do tego dokładamy kluczowy czynnik – nie retencjonujemy opadów tam, gdzie dotkną ziemi. Krajobraz retencyjny zamienia się w krajobraz odwadniający – opad jest jak najszybciej odprowadzany poza obszar, na który spadł. Najlepiej jest to widoczne w miastach, gdzie szczelna powierzchnia ulic, chodników, parkingów i dachów jest niczym tor bobslejowy powodujący szybki zjazd opadu. To wina myślenia (i idących w ślad za nim działań) sprawiającego, że przez lata opad w obszarach miejskich traktowany był jak odpad, którego trzeba się pozbyć, żeby nas nie zalał i nie spowodował szkód powodziowych. W konsekwencji ponad 50%, a silnie zabudowanych terenach nawet do 90% opadu jest szybko odprowadzane kanalizacją do rzek, a nimi do morza.

Winne nie tylko miasta

Jednakże gdyby problem intensywności suszy był powodowany jedynie przekształceniami krajobrazu w miastach, nie mieli byśmy problemu z suszą rolniczą, hydrologiczną i hydrogeologiczną – ze stratami w rolnictwie i z zagrożeniami pożarowymi w lasach.

Zmiany zaszły też w obszarach rolniczych oraz leśnych stanowiących ponad 90% powierzchni kraju (z czego około 60% to tereny rolnicze). We wszystkich tych obszarach celowe działania człowieka lub ich pośrednie skutki doprowadziły do zmniejszenia retencji opadów. To wszystko przyczyniło się do obserwowanej obecnie suszy, która trwa nieprzerwanie od co najmniej roku.

Fragmenty pochodzą z artykułu z czerwcowego wydania miesięcznika “Wodociągi-Kanalizacja”

Sebastian Szklarek

autor bloga ŚWIAT WODY, adiunkt w Polskiej Akademii Nauk

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj