Czy właściciele przedsiębiorstw wodociągowych powinni zachowywać się jak dzieci, jedne spółki prywatyzując, inne komunalizując? Dzieci lubią sobie dawać i zabierać zabawki, bo w pewnym wieku „święte prawo własności” jeszcze nie obowiązuje. Starsze znają już przysłowie „Kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera”. A dorośli?

Pytania te zadaję nie bez kozery, bo pod koniec lutego doszło do bezprecedensowej zmiany właścicielskiej w naszej branży. W jednym z miast na południu kraju nastąpiła rekomunalizacja, czyli ponowna komunalizacja czegoś, co się wcześniej sprywatyzowało. Bez względu na wszystkie uwarunkowania ekonomiczne, społeczne i polityczne w tym mieście, warto się zastanowić, co będzie z rynkiem wodociągowym w Polsce i Europie.

We wspominanym przypadku prezydent miasta zarządził nabycie udziałów miejscowego przedsiębiorstwa wodociągów za ponad 30 mln zł. Zgodę na taki wykup wyrazili wcześniej radni. Gdy do dojdzie transakcji, miasto odzyska wszystkie udziały, jakie na początku tego wieku sprzedało zagranicznemu inwestorowi. A był to nie byle jaki inwestor, bo z pierwszej piątki firm na świecie zajmujących się dystrybucją wody.

Czy transakcja dojdzie do skutku, czas pokaże, ale nadzieje niektórych już znamy. W lokalnej prasie czytamy, że gdy wodociągi staną się ponownie miejskie, może ceny wody przestaną rosnąć. Hmm… jakby to od formy własności zależała wysokość opłat.

Gdy przeanalizujemy polski raczkujący rynek prywatnych lub częściowo sprywatyzowanych zakładów wodociągowych, taka „cenowa nadzieja” wcale nie jest oczywista. Nie istnieje prosta reguła, że tam, gdzie wodociągi są miejskie, ceny okazują się niskie, a tam, gdzie sprywatyzowane – wysokie. Spójrzmy na pierwszą dużą sprywatyzowaną spółkę wodociągową w Polsce, obsługującą pół miliona mieszkańców na wybrzeżu. Kiedy ponad 20 lat temu podpisywano umowę przekazania ponad 50% wodociągów zagranicznemu partnerowi, była to pierwsza taka spółka joint venture w Europie Środkowej. Dzisiaj jej ceny nie są zbyt wysokie, porównując je z miejskimi wodociągami w innych częściach kraju, trudno też zarzucić spółce, że działa nieprofesjonalnie. Z drugiej strony istnieje cała masa przedsiębiorstw wodociągowych w rękach samorządów, które radzą sobie równie dobrze, a może nawet ciut lepiej i jak na razie o prywatyzacji nie myślą.

Jak żyć?

Prywatyzować, czy nie – na ten temat powstają już w Polsce prace naukowe. Ba, być może tych prac jest nawet więcej niż sprywatyzowanych wodociągów. Bo tak naprawdę można je chyba policzyć na palcach jednej ręki. Ciekawą pracę doktorską na ten temat napisał Krzysztof Tomaszewski z Uniwersytetu Adama Mickiewicza. Tytuł dysertacji: „Prywatyzacja realizacji celów publicznych, określonych w art. 6. ustawy o gospodarce nieruchomościami”, obrona w 2012 r. Tomaszewski wymienia kilka sposobów wpuszczenia prywatnego kapitału do wodociągów: kontrakt usługowy, kontrakt o zarządzanie, kontrakt dzierżawy, koncesja, kontrakt budowy – eksploatacji – przekazania i w końcu idąca najdalej odsprzedaż. Autor od razu zaznacza, że ta ostatnia forma eliminuje negatywne czynniki występujące w przedsiębiorstwach publicznych, zwłaszcza polityczne, ale jednocześnie powoduje utratę kontroli nad dostawcą, co może rodzić zagrożenie dla zdrowia społeczeństwa. Zalety takiej prywatyzacji, to uwolnienie się wodociągowej spółki spod politycznych wpływów, bo nie jest dobrze, kiedy wiele decyzji podejmowanych jest na skutek bodźców politycznych pod silną presją realizacji obietnic wyborczych. No i niemniej ważny czynnik – zmienność władzy. Gmina w ciągu czteroletniej kadencji jej władz nie jest w stanie podejmować długofalowych przedsięwzięć, mających na celu rozwój sektora wodno-kanalizacyjnego – dowodzi Tomaszewski.

Mówić jednym głosem

Ja jednak jestem daleki od zachęcania naszych decydentów do prywatyzacji tak ważnej dziedziny, jaką jest dostarczanie wody i oczyszczanie ścieków. Rekomenduję bardzo indywidualne podejście. Samorządowe spółki potrafią efektywnie działać, gdy mają dobrego gospodarza, a coraz mądrzejsi wyborcy, jeśli cenią swoje władze, to wybierają je na dłużej niż cztery lata. Po drugie, większość spółek (wspólnie z samorządami) potrafi w obecnych warunkach zdobywać środki unijne bez zastrzyku prywatnego kapitału, nie licząc oczywiście kredytów bankowych. Ba, nawet wzmocniłbym ustawowo rolę zaopatrzenia w wodę, aby było jasne, że dostęp do takiego dobra gwarantuje państwo, choć może go realizować samorząd. Bo przecież jeszcze latami będziemy dyskutować o tym, czy lepsze jest państwowe, czy prywatne, a tak naprawdę najwięcej zależy od ludzi, którzy w danym przedsiębiorstwie pracują i nim kierują. Albo robią to dobrze, albo gorzej. W myśleniu tym nie jestem odosobniony. W Europie, oprócz zwolenników prywatyzacji, są tacy, którzy twierdzą, że woda w kranach powinna być za darmo, tak jak jeżdżenie po drogach, a działalność przedsiębiorstw wodociągowych należy finansować z podatków. Musimy, jako branża, głośno mówić o tym, że strategiczne planowanie w tej dziedzinie na szczeblu państwowym jest niezbędne, bo jak na razie nie rozwiązano podstawowych problemów. Nie mamy strategii gospodarki wodno-ściekowej dla kraju, ustawa o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i zbiorowym odprowadzaniu ścieków jest w wielu miejscach niedostosowana do rzeczywistości, kłóci się z innymi przepisami i powoduje realne straty dla odbiorców, inwestorów i samych spółek. Nie wiadomo dlaczego, ale podlegamy pod Ministerstwo Gospodarki, które traktuje nas często jak normalne spółki prawa handlowego, których obowiązkiem jest generowanie jak największego zysku itd. Bez ustalenia tych podstawowych kwestii nadal będziemy chaotycznie sprzedawać, odsprzedawać i ponownie przejmować z prywatnych rąk wodociągowe spółki, niczym dzieci zabawki w piaskownicy.

Henryk Milcarz, prezes Wodociągów Kieleckich

"Wodociągi-Kanalizacja" 4/2014

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj