Powodzie to rzecz naturalna, podobnie jak huragany czy trzęsienia ziemi. Natury, oczywiście, nie da się okiełznać. Można co najwyżej – z różnym rezultatem – starać się ograniczać dotkliwe dla ludzi skutki jej działań. Są miejsca, gdzie powódź trafia mocniej i dotkliwiej. Pradawne ludy, m.in. Sumerowie i Egipcjanie, zauważały to, bo od wieków żyły blisko z naturą. Przekazywane przez pokolenia doświadczenia miały swą ciężką (bo naturalną) wagę – błędy w sytuowaniu siedzib w dolinie rzeki, którą runęła powódź, najczęściej kończyły żywot naszych nieostrożnych przodków.

Ostatnie lokalne i dotkliwe powodzie na południu Polski znów obudziły i przypomniały ludzki strach z tragicznej powodzi w dorzeczu Odry i Wisły w 1997 r.

Jak mantra wróciły też stare recepty na „wielką wodę” (często równie odpowiednie, jak upuszczanie krwi podczas gorączki), bowiem w sytuacji tragedii ludzie chcą wierzyć, że także powodziom można skutecznie przeciwdziałać.

Takich środków chwyta się lider opozycji, krytykując poprzednie rządy, że nic nie robiły (nie budowały wałów i zbiorników), a marszałek Sejmu ogłasza, że zabudowa hydrotechniczna (regulacja rzek) musi być przed ekologią. W tym duchu (i za przykładem prominentów) wypowiadają się też zwykli ludzie – jak np. słuchacz programu I Polskiego Radia z Kotliny Kłodzkiej, który stwierdził, że nie chce zapomogi, woli natomiast, by uregulowano rzekę, nad którą mieszka.

Zieloni i ekolodzy od lat sprzeciwiają się różnym arogantom i pyszałkom, powtarzając, że środki techniczne, takie jak zbiorniki, wały czy regulacje rzek i potoków, najczęściej nie tylko nie poprawiają bezpieczeństwa, a wręcz przeciwnie – zwiększają tragiczne skutki najgroźniejszych powodzi. Jest na ten temat wielka i bogata księga doświadczeń naszych i zagranicznych, np. niemieckich (z Renu) i amerykańskich (z Missisipi/Missouri). Te ostatnie, kosztem miliardów marek i dolarów, zostały „zabezpieczone” przed powodzią np. przez budowę bardzo wysokich wałów. A potem przyszły tak wielkie powodzie, że wody przelewały się przez wały i topiły tysiące domostw i ludzi wcześniej zapewnianych, że wysokie wały i hydrotechniczne inwestycje gwarantują im bezpieczeństwo. W tych bogatych, doświadczonych krajach wiedzą już, że powódź jest także dziełem człowieka, który wkroczył z zabudową tam, gdzie nie powinien.

Dlaczego nasi polityczni liderzy i zwykli ludzie głoszą archaiczne recepty przeciwpowodziowe?

Przecież wyprostowane, uregulowane rzeki i potoki przyspieszają spływ wód, co tylko w niewielkim stopniu chroni mieszkańców i domostwa usytuowane w ich górnym biegu. Jednak na dolnych odcinkach zabiegi te spowodują kumulację fali powodziowej i negatywnych skutków dla ludzi i dobytku.

Zbiorniki, tamy i wały dają często iluzję zabezpieczenia, usypiają czujność i w wypadku rzeczywiście dużych lub wielkich powodzi ulegają zniszczeniu z katastrofalnymi skutkami dla ludzi, którzy pobudowali domy na „zawalach” i w dolinach pod zbiornikami.

Ta niemiła prawda jest znana w USA, Niemczech i w większości rozwiniętych krajów, gdzie już wydano miliardy pieniędzy publicznych na hydrotechniczne ujarzmianie rzek. Odchodzi się tam od technicznych środków ochrony przeciwpowodziowej na rzecz prewencji – bezwzględnego zakazu nowych budów na terenach zalewowych, wyprowadzania istniejącej zabudowy poza te obszary, stosowania specjalnych modernizacji lub konstrukcji budynków (np. na podwyższeniach, słupach). Techniczne środki, jeśli już stosowane, są bardziej efektywne i przyjazne środowisku. Są to np. poldery zalewowe, zbiorniki suche czy kanały ulgi w miastach, których zabudowy nie można przesunąć. Zamiast regulować (prostować), powszechnie renaturyzuje się rzeki, zwiększając ich pojemność retencyjną, czyli zdolność przyjmowania powodzi.

Optymistycznie, bo realistycznie na tym tle zabrzmiała wypowiedź wojewody dolnośląskiego. Na pytanie ww. słuchacza o regulację rzeki w Kotlinie Kłodzkiej odpowiedział on, że państwo w ostatnich latach wydało 3,5 mld zł na hydrotechniczne zabezpieczenie przeciwpowodziowe, ale mimo to pewnych zjawisk nie da się powstrzymać. Kilka burz, które przeszły nad doliną tej rzeki, spowodowało, że mały strumyk zmienił się w rwącą rzekę, a ta wypełniła całą szerokość doliny i tu żadne techniczne zabezpieczenia nic by nie pomogły.

Wojewoda, zapewne pod wpływem wizyty na miejscu tragedii, przypomniał oczywistość, iż są takie powodzie, gdzie tylko sprawny system ostrzegania i pomocy w ratowaniu życia musi być naszym celem. Lekcja pokory wobec natury.

Po pamiętnej powodzi z 1997 r. na ulicy Traugutta we Wrocławiu, którą wówczas płynął nurt rzeki Oławy, umieszczono tablicę z napisem „Powódź jest dziełem człowieka”. To hasło jest niezmiennie aktualne, szczególnie gdy wciąż widzi się powstające nonsensownie nowe domy w dolinach rzek i potoków, które często, za unijne pieniądze, zostały wcześniej wyregulowane. Tak jakbyśmy powiedzenie „Polak mądry po szkodzie” chcieli ze ślepym uporem zamienić na: „Polak po szkodzie głupi jak zawsze”.

Radosław Gawlik, Zieloni 2004

Artykuł opublikowany w "Przeglądzie Komunalnym" 8/2009

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj