Mimo wysiłków Beaty Tarnawy i Jacka Bożka z Klubu Gaja organizujących interesujące akcje „Zaadoptuj rzekę” i Big Jump, mimo działań podejmowanych przez WWF w celu wytropienia odpowiedzialnych za dewastację natury dolin rzek i potoków, mimo desperacji setek działaczy wędkarskich, mimo śledztwa Komisji Europejskiej (dalej: KE) – rzeki umierają płynąc.

„Zaadoptuj rzekę” to dobra akcja poszukująca organizacji, szkół, nieformalnych grup miłośników, którzy chcieliby zaadoptować w symboliczny sposób rzekę. Następnie już w bardzo realny sposób sprawują nad nią społeczną opiekę i kontrolę. Pan Ogórek miałby tu pole do popisu. Jeśli taka akcja została zapoczątkowana i znajduje poparcie, oznacza, że rzeki w Polsce są rzeczywiście sierotami. Mimo niejasnej struktury własnościowej i skomplikowanym kwestiom zarządzania rzekami, generalnie ich właścicielem jest Państwo lub bardziej enigmatyczny stwór – Skarb Państwa. Państwo, czyli nikt lub my wszyscy. Można zapytać, to znaczy kto? Próbując odpowiedź na to pytanie, zgodnie z Konstytucją i ustawami, można stwierdzić, że podmioty  zarządzające w imieniu państwa częścią większych rzek to Ministerstwo Środowiska oraz podporządkowane mu organy – Regionalne Zarządy Gospodarki Wodnej (RZGW). Pozostała część wód to tzw. rzeki rolnicze. Po trwającej ponad 20 lat niemożności ustalenia podmiotu za nie odpowiedzialnego, w końcu powierzono je wojewódzkim władzom samorządowych. Te dziś już organy samorządowe uzyskały podobną nazwę – Wojewódzkie Zarządy Melioracji i Urządzeń Wodnych (w skrócie zwane „meliorantami”). Nie rozwiązuje to jednak problemu. Pierwsza grupa rzek zarządzana jest w systemie zlewniowym przez RZGW, czyli zgodnie z naturalnymi geograficznymi granicami rzek i ich dorzeczy. Druga grupa podlega zarządowi zgodnie z podziałem administracyjnym – podziałem sztucznym i niezależnym od naturalnych granic dorzeczy. Politycy i urzędnicy w Ministerstwie Środowiska co jakiś czas podnoszą postulat przeprowadzenia reform w kwestii prawnego osierocenia rzek. Ostatnio, rok temu, w debacie przeprowadzonej w Ministerstwie Środowiska  m.in. organizacje wymienione na początku artykułu z trudem przekonywały sekretarza stanu, ambitnego polityka partii rządzącej, do poddania wszystkich rzek jednolitemu reżimowi prawnemu. Niestety nie udało się. Wił się i bronił z zapałem. Klub Gaja ma zatem dalej wiele pracy – musi szukać jeszcze wielu chętnych do adopcji osieroconych rzek i potoków.

W tym miejscu należy wyjaśnić, kim są ci wspomniani na początku odpowiedzialni za dewastację  natury dolin rzek i potoków. Są to projektanci, firmy, też „naukowcy” związani z wymienionymi instytucjami. Często nazywa się je, używając bardziej technokratycznego języka, „lobby hydrobetonowym” lub „meliorantami”. Napędem procederu są pieniądze, często z UE, „do przerobienia”. Około sto organizacji i naukowców, licząc na zmianę polityki wodnej przez Ministra Środowiska, po powodzi z 2010 r., skwitowało ich efekty działania w następujący sposób :

"Także większość unijnych środków z Sektorowego Programu Operacyjnego (SPO) oraz Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego (ZPORR) skierowanych na „rolnicze gospodarowanie wodami” w latach 2004-2006 i obecnie z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich (PROW) i Regionalnych Programów Operacyjnych (RPO) 2007-2013 przeznaczono na regulowanie rzek, czytaj ich dewastację (prostowanie koryt, utwardzanie brzegów, wycinkę roślinności). W praktyce oznacza to dalsze zubożenie przyrody dolin rzecznych, co stoi w sprzeczności z celem Ramowej Dyrektywy Wodnej dotyczącym „dobrego stanu wód”, a także wzrost zagrożenia powodziowego."
 
Minister Środowiska, mimo, iż wziął udział w konferencji prasowej przeprowadzonej w Ministerstwie w 2010r. i poparł jednoznacznie nasze postulaty, nie zrobił nic, aby zmienić niewłaściwą gospodarkę rzekami polskimi. Z resztą nie on jeden. Próby zreformowania i ujednolicenie polityki w sprawie rzek polskich ponoszą klęskę od czasów Okrągłego Stołu w 1989r., gdzie uzgodniliśmy zlewniowy system zarządzania gospodarką wodną. Jednocześnie wciąż, po blisko 25 latach melioranci i „ich rzeki” podlegają bądź ministrowi rolnictwa, bądź wojewodom, marszałkom w granicach administracyjnych województw.

Z nieoczekiwaną odsieczą przyszła jednak w bieżącym roku KE, która od chwili wejścia Polski do UE bombardowana jest przez liczne skargi wędkarzy, ekologów, Zielonych i naukowców-przyrodników. Do tej pory, mimo wielu wniosków, apeli, wskazywania na liczne przypadki naruszeń Ramowej Dyrektywy Wodnej (dalej: RDW), organy zarządzające rzekami nie podejmowały wiele działań, prowadzących do dewastacji polskich rzeki. Warto tutaj dodać, że celem RDW jest osiągnięcie „dobrego stanu wód” w rzekach UE do 2015 r. „Dobry stan” rozumie się bardzo szeroko, nie tylko w sensie fizycznym i chemicznym, ale także jako uzyskanie równowagi i bogactwa całego ekosystemu w samej rzece, w jej korycie i dolinie. Sposób postępowania organów zarządzających (które czerpią wzory jeszcze z czasów stalinowsko-peerlowskich, choć trzeba dodać sprawiedliwie, że wówczas taki techniczny sposób myślenia o rzekach jak o przedmiotach, które mają być uporządkowane, wyregulowane, służyć wyłącznie człowiekowi i chodzić jak w zegarku obowiązywał też za żelazna kurtyną) polegający na wycince roślinności i drzew nad brzegami, wyrównaniu zakoli, zasypaniu starorzeczy, wyrównaniu dna, uformowaniu koryta w kształcie trapezowym od początku były i są sprzeczne z celem, duchem, literą RDW.

Postulaty zebrane m.in. w w/w  liście 100 organizacji i naukowców z 2010 r. są aktualne oraz dotyczą faktu, że w UE, z wyjątkiem Polski, w ramach wdrażania RDW rzeki się renaturyzuje, czyli robi się dokładnie odwrotnie niż u nas. Trafiają one niestety w próżnię.  Planowane i rozpoczynane są dalsze regulacje osieroconych rzek jak Bóbr, Stobrawa czy Ina.
 
Patrzymy na KE jak na strażnika, który w końcu skontroluje organy i podmioty dewastujące nasze rzeki i potoki. Niespodziewanie, po latach uśpienia wydaje się, że KE zaczyna podejmować działania. Na razie KE zawiesiła rozliczenia 2 mld euro wydane w poprzednich latach na regulację (czytaj: głównie niszczenie) rzek. Wiemy że hydrobetonu ani meliorantów nic nie skruszy poza pieniędzmi. Od dawna dziwiliśmy się i zwracaliśmy uwagę, że UE nie będzie finansować działań polskich władz niszczących naturę rzek, czyli dawać pieniędzy na cele sprzeczne z polityką wodną UE, której głównym wyrazem jest dziś RDW. KE wyciągnęła więc właściwą broń. Wydaje się, że UE tylko w ten sposób może skutecznie zmienić polską politykę. Czekamy więc z niecierpliwością na decydującą bitwę i sytuację, gdy w końcu nie będzie potrzeby przeprowadzania akcji adoptowania rzek.

Radosław Gawlik
Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA
Partia Zieloni

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj