Konrad, mój kolega, który czyta pisane przeze mnie felietony, pomimo że jest spoza naszej branży, rzucił ostatnio pomysł, żebym napisał o… On to tak ładnie nazwał, a ja pewnie teraz wszystko popsuję. Przepraszam cię Konrad, ale określmy to tekstem o naszym strachu przed nowoczesnością. Na początku dyskusji oczywiście w duchu oburzyłem się na kolegę. Bo niby jak facet spoza branży może nam wytykać, że nie staramy się być nowocześni i że boimy się odważnych rozwiązań. Po chwili jednak, gdy nad dumą zaczął górować rozsądek, przestałem koledze w duchu złorzeczyć. Zapytałem wówczas sam siebie, czy on przypadkiem nie ma racji? Bo w sumie, ile to nowych rozwiązań stosujemy w naszych firmach? Mówiąc „nowych”, mam na myśli takie, które zostały wymyślone bądź wdrożone w przeciągu ostatnich pięciu lat. Wyniki tych przemyśleń wcale nie są powodem do dumy. No, ale czas na kilka konkretów.

Unia to my

Jesteśmy już od kilku lat członkami Unii Europejskiej, więc „ta Unia” to my, a nie „oni”, od których można coś ściągnąć albo do których poziomu mamy się „podciągnąć”. Włodarze instytucji (mam na myśli różne organy UE) postanowili swego czasu, że należy zacząć myśleć o nadgonieniu straconego dystansu do USA. Cóż, myślę, że powinniśmy stawiać sobie bardziej realistyczne cele i postarać się raczej nie tracić tego dystansu, gdyż pewnie za parę lat, jeśli nic się nie zmieni, będziemy po USA i Japonii gonić także Indie, Rosję i Chiny. Dlaczego o tym piszę? Ano z dwóch powodów. O jednym już wspomniałem – dotyczy on nazbyt wygórowanych standardów ochrony środowiska na naszym kontynencie, co zwiększa koszty działania firm zlokalizowanych w Europie. Drugim powodem jest brak postępu technicznego w branży i przedsiębiorstwach.

Powstrzymać dumę

Zanim mnie zlinczują koledzy z branży, a zaraz po nich dostawcy technologii, proszę, żeby też spróbowali przez chwilę nie kierować się dumą i na spokojnie pomyśleli. Istnieje całkiem silne lobby dostawców technologii na rynek europejski. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że wg potrzeb tego lobby kreuje się wymagania środowiskowe. Problem polega na tym, iż te wymogi dotyczą tylko jednego, małego kontynentu – Europy. Technologie, które są tu stosowane nie mają zbytu na gdzie indziej. Zatem sprzedaje się w Europie (a konkretniej w Europie Środkowej) te same technologie, które sprzedawało się dwadzieścia lat temu w Europie Zachodniej. Dlaczego? Bo jest zbyt. Dlaczego jest zbyt? Bo są takie normy prawne, które go warunkują. Spójrzmy na ten nasz grajdołek z perspektywy, to zobaczymy, że w naszym rynku w 90-procentach partycypują firmy z UE. Na Bliskim Wschodzie, gdzie istnieje prawdziwa konkurencja, nie jest już tak łatwo, bo nie ma monopolu firm europejskich. Już słyszę protesty moich zacnych kolegów którzy zauważą, że przecież funkcjonują tam spalarnie, zachodzi usuwanie biogenów czy dezodoryzacja w ramach europejskich koncepcji. Ale spójrzmy na to z boku. To są przecież technologie wywodzące się jeszcze z XX w. Ani uzdatnianie wody, ani oczyszczanie ścieków nie zmieniło się zasadniczo w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Dzieje się to w tym samym czasie, gdy komputery sprzed roku straciły połowę swojej wartości. Jeśli więc nie zmieniamy naszych podstawowych technologii, to co robimy z technologiami pomocniczymi? Nie jest wielką tajemnicą, że wszystkie dotychczasowe rozwiązania radiowego odczytu wodomierzy spaliły na panewce. Zdalny system zarządzania majątkiem wprowadzono częściowo w co piątej firmie. Nie ma ani jednej firmy w naszej branży, która by wdrożyła całościowo zintegrowany system informatyczny. Więcej nie będę wymieniał, żebyśmy nie popadli w jakąś zbiorową depresję, bo kto wówczas będzie wodę pompował?

Czarna dziura?

Firma, którą kieruję, nie jest tu żadnym wyjątkiem. I nie będzie. Nie będzie, bo nie ma żadnych stymulatorów, mogących to zmienić. Nie ma stymulacji na poziomie gminy, bo ona chce mieć dobrą, tanią i powszechnie dostępną wodę. Nie ma na poziomie kraju, bo dopiero próbujemy dogonić tych, co starsi stażem w tym biznesie. No i nie ma motywacji na poziomie naszej radosnej, unijnej gromadki, bo tam, niestety, poza hasłem, że mamy być innowacyjni, w branży nic więcej nie wymyślono. Nie ma co jednak rozdzierać szat, ale trzeba pomyśleć, jak to zrobić, żebyśmy zaczęli być w czymś lepsi.

Jeśli więc postęp polega na tym, że my mamy być lepsi od naszych rodziców, a nasze dzieci od nas, to musimy się spieszyć, bo grozi nam pojawienie się w historii czarnej dziury bez postępu. A za dwadzieścia lat nikt nas nie usprawiedliwi i nie przyjmie tłumaczenia, że przecież Europa się jednoczyła. Kogo to wówczas będzie obchodzić?

Paweł Chudziński, prezes Aquanet, Poznań

Tekst ten można znaleźć w numerze 6/2008 Wodociągi – Kanalizacja na str. 20

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj