1 / 3

Czy place zabaw za bardzo nie stawiają na bezpieczeństwo? W jaki sposób rodzice mogą korzystać z nich razem ze swoimi dziećmi i czy zawsze powinni to robić? Jakie trendy dominują w polskich dużych miastach, a jakie w mniejszych miejscowościach? Z Anną Komorowską – pedagożką, projektantką placów zabaw, współzałożycielką pracowni k. – rozmawia Szymon Pewiński.

Po co w ogóle projektować place zabaw? Przecież to tylko huśtawki, kilka ławek i piaskownica…

Ale po co ławki i huśtawki? Wystarczy je usunąć, a zasadzić krzewy i to wtedy dla dzieci zacznie się dobra zabawa. Jednak problem leży tak naprawdę w rodzicach. W tym, że to rodzice są dziś „zafiksowani”, przewrażliwieni na kwestie bezpieczeństwa, że muszą mieć kontrolę nad dziećmi – chcą widzieć, co dzieci robią, jak robią, jak się bawią – i ten standardowy plac zabaw jest dla nich miejscem, gdzie mają to wszystko pod kontrolą. I to jest realny problem. Tak naprawdę dzieci nie potrzebują placów zabaw.

Pani zdaniem place zabaw są „zbyt bezpieczne”? Co to znaczy?

Potwierdzają to nawet badania. Bardzo konkretne badania mówią o tym, że jeśli na placu zabaw wprowadzimy gumową nawierzchnię, to może powodować więcej wypadków. Jeśli dzieci mają świadomość, że – nawet jeśli upadną – to, teoretycznie, nic im się nie stanie, są mniej ostrożne. Przestają się starać, byle jak wchodzą na wysokie elementy placu. Gdy dziecko wchodzi na drzewo, na którym każda gałąź jest inna, a dziecko może się o nią otrzeć i lekko skaleczyć, wtedy uruchamia się pamięć. Dziecko pamięta, że poprzednim razem np. obtarło sobie kolano i wtedy naprawdę jest o wiele ostrożniejsze.

Anna Komorowska była jednym z gości XIII Forum „Miejska Sztuka Ogrodowa” organizowanego przez miesięcznik „Zieleń Miejska”

Druga kwestia jest taka, że jeśli na placu zabaw dziecko czuje się bezpiecznie i rzeczywiście jest tam bezpieczne, to nie uczy się oceniać ryzyka. A gdy wyjdzie na zewnątrz, poza taki plac zabaw, może stać mu się krzywda. Jeśli dziecko uczy się jeździć na rowerku na gumowej nawierzchni, to generalnie nie interesuje je, czy się przewróci, czy nie. A gdy wyjedzie i przewróci się na asfaltowej ścieżce, wtedy pojawia się problem, który może być naprawdę poważny i zakończyć się poważnymi urazami.

Place zabaw powinny służyć do tego, żeby dzieci uczyły się również oceniać możliwość i właśnie ryzyko. Krzywdą, jaką można zrobić dziecku, jest zmuszanie go, żeby wchodziło w miejsca, które przerastają jego możliwości. Często słychać, jak rodzice mówią: „Dasz radę! Dasz radę!”, a tak naprawdę dziecko ma doskonały instynkt samozachowawczy – pod warunkiem, że nie jest on zaburzony. Dziecko zna swoje możliwości i lubi przekraczać swoje ograniczenia, tylko my, dorośli, musimy dać mu przestrzeń, żeby się w tym odnalazło.

Jedynym uzasadnieniem do tworzenia placów zabaw jest to, żeby było to miejsce spotkań, integracji społeczności lokalnych. Inna sprawa, że standardowe place zabaw do takiej integracji nie zachęcają. To zwykle miejsca, w których dzieci tylko biegają. Mało jest możliwości i miejsc – może poza piaskownicą, w której można coś razem zbudować – które zachęcałyby do tego, żeby dzieci działały wspólnie.

Co prawda, pojawiają się jakieś domki, w których można bawić się w dom czy w sklep, pojawiają się urządzenia do zabawy piaskiem, ale to dopiero zaczyna się rodzić.

Jak wygląda to w Państwa projektach?

Staramy się wprowadzać elementy, które służą do różnego rodzaju zabaw: ruchowych czy konstrukcyjnych, w których występuje element budowania czegoś. Stąd różne patyki, z których można np. zbudować jakąś bazę. Są miejsca służące do zabaw społecznych, np. ściana z okienkiem w dziecięcych zabawach, która staje się sklepem, witryną, teatrzykiem.

Do tego dochodzą wszelkie tory wodne i piaskowe. Jedno dziecko musi „uruchomić wodę”, która musi dopłynąć w odpowiednie miejsce. Takie rozwiązania wymuszają na dzieciach społeczną komunikację. I wtedy jedno dziecko musi polegać na innym, a nie bawi się samo ze sobą.

Na placach potrzebna jest zieleń?

Wykorzystywanie dużej ilości zieleni wiąże się z przekonaniem, że to jest właśnie coś, czego dzieciom brakuje. W „rodzicielskiej codzienności” trudno zapewnić dzieciom łatwy dostęp do zieleni. Nie zawsze można zapewnić dzieciom codzienny dostęp do lasów. Nie każdy ma szczęście, że przedszkole, do którego uczęszcza jego dziecko, taki dostęp mu zapewnia. Dlatego tzw. naturalny plac zabaw pod blokiem jest szansą, by dziecko miało kontakt z naturą. Naturalne place zabaw są więc pewnym kompromisem: dopóki nie zapewnimy dzieciom odpowiedniego dostępu do terenów zieleni, to przynajmniej mają w nich pewną namiastkę. Z tym, że trzeba pamiętać, że nadal jest to tylko namiastka.

Place zabaw nie powinny być miejscem tylko dla dzieci, ale także dla rodziców. Dlaczego? I jak sprawić, żeby rzeczywiście takie były?

Trzeba pamiętać, że są rodzice, którzy są aktywni i którzy lubią uczestniczyć w zabawie z dziećmi albo sami lubią się bawić na placach zabaw. Dlatego zaczynają pojawiać się place zabaw, które zaczynają być atrakcyjne także dla dorosłych, choćby pod względem ćwiczeń, podwyższania sprawności fizycznej.

Niestety są place, w których rodzice nie mogą uczestniczyć w zabawach z dziećmi. Podam swój przykład. Nie mogę huśtać się na huśtawkach obok mojego dziecka, bo huśtawki są dla mnie za małe. Dlatego na jednym z placów zabaw, przy Muzeum Archeologicznym w Krakowie, zaprojektowałam poszerzoną huśtawkę, na której spokojnie się mieszczę.

I tam każdy rodzic może posadzić na jednej huśtawce dziecko, a na drugiej usiąść sam. Na szczęście, pojawiają się huśtawki, na których rodzic może usiąść razem z dzieckiem i tam bawić się wspólnie.

Jednak nie wszyscy rodzice czują potrzebę bawienia się z dziećmi. Czują potrzebę pobycia sami ze sobą albo z innymi dorosłymi. I to też warto im umożliwić. Jeśli stawiamy ławki, które są wzdłuż ogrodzenia i w pewnej odległości od siebie, to wtedy takiej możliwości nie dajemy. Jeśli dwie mamy umówiły się na takim placu zabaw, to albo obie muszą stać, albo – siedząc – muszą do siebie krzyczeć. Sprawę rozwiązują tzw. ławki „dospołeczne”, ustawiane w kształt litery „L” lub „U”.

Przecież jeśli rodzice usiądą na takich ławkach, to nie będą widzieć swoich dzieci!

I bardzo dobrze! (śmiech) Bo wtedy dzieci będą miały święty spokój i będą mogły bawić się po swojemu. To jest charakterystyczne dla rodziców, że generalnie przeszkadzają dzieciom w zabawie. Dlatego na placach zabaw powinno być jak najwięcej elementów dla rodziców – po to, by dawali dzieciom święty spokój. Nawoływania: „Uważaj, bo się potkniesz!” to tak naprawdę podcinanie dzieciom skrzydeł, a czasami też uniemożliwianie kontaktu z innymi dziećmi. Rodzicom wydaje się, że muszą interweniować w przypadku każdego drobnego nieporozumienia między dziećmi. A może te dzieci jednak się dogadają, czy jedno drugiemu pożyczy wiaderko, czy jednak nie. No, najwyżej nie pożyczy. Dzieci potrzebują takiego kontaktu między sobą. Wiadomo, w pewnym wieku potrzebują nadzoru, ale w pewnym takiego pełnego nadzoru rodziców już nie potrzebują.

Osobiście uważam, że na placach zabaw powinny być wygodne stoły, przy których można usiąść, i gniazdka elektryczne, do których można podłączyć choćby laptopa. A to po to, żeby rodzic, który ma do zrobienia kilka pilnych spraw, nie mówił do dziecka: „musimy już iść, bo muszę jeszcze popracować”, tylko mógł pracować na świeżym powietrzu, a dziecko mogło nieco dłużej się pobawić.

Które place zabaw w Polsce lub na Zachodzie zrobiły na Pani największe wrażenie?

Jeden plac zabaw zrobił na mnie ogromne wrażenie dawno temu i właśnie dzięki temu konkretnemu obiektowi zaczęłam projektować naturalne place zabaw. Mieści się, a w zasadzie mieścił się – bo został przebudowany i już nie jest taki fajny – w Berlinie i… jakby to powiedzieć, na pierwszy rzut oka nie wyróżniał się niczym specjalnym. Były tam dwa pagórki połączone mostkiem, z piaskiem i rzeźbą łódki pod spodem, domki do zabawy, zjeżdżalnia. Gdyby to przeanalizować: nic specjalnego. Ale na tym placu zabaw była też masa zieleni, nawet nie do końca specjalnie zaprojektowanej. Dlatego to miejsce sprawiało wrażenie gąszczu. Każdy element tego obiektu z jednej strony był spójny, a z drugiej dawał tyle swobody, że pozwalał na dopisanie, stworzenie pewnej historii: można było „wejść na górę, a potem z niej zjechać”, „płynąć łódką i pokonywać wodne przeszkody”. Na tym placu można było spotkać makówki, małpy na drzewie, wieloryba na łańcuchu. Te elementy były spójne wizualnie, a projektant, który to wymyślał, musiał się nieźle bawić, ale myślę, że przede wszystkim dzieci się w tym odnajdywały. Nawet ten wieloryb dawał im możliwość tworzenia scenariuszy i historii.

Pozostałości po placach zaprojektowanych przez Van Eycka rozwija pracownia Carve

A jakiś idealny plac zabaw, który można jeszcze zobaczyć?

W ostatnim czasie pod kątem placów zabaw zwiedzałam Amsterdam, który stanowi ich europejską stolicę. W latach 50.-60. ubiegłego wieku powstało tam 700 placów zabaw zaprojektowanych przez jednego człowieka.

Mówimy o Aldo Van Eycku…

Tak. Pozostałości jego placów zabaw można odszukać do dziś. Współcześnie działa tam pracownia Carve, która swoje trzy grosze dokłada do tych koncepcji. Czasami te koncepcje się łączą, dopełniają projekty Van Eycka. Generalnie fascynują mnie modernistyczne place zabaw. Wiadomo, że powstawały one w innych czasach, były niezgodne z normami, zawierały mnóstwo betonowych elementów, ale – przede wszystkim – były projektowane. Ich plany  można powiesić na ścianie i będą tworzyć piękny obraz. Ale cały czas chodziło o ludzi.

Zanim Van Eyck stworzył projekt, analizował, skąd przychodzą ludzie, jak bawią się dzieci w miejscu, w którym taki plac zabaw miałby powstać. Zakładał też, że na takim placu zabaw będą siedzieć też rodzice. My narzekamy, że popołudniami i wieczorami młodzież oblega place zabaw. Dla niego to było coś normalnego i znak, że miejsce funkcjonuje prawidłowo. Plac zabaw rano służy dzieciom, a po południu młodzieży. I o to właśnie chodzi.

Innym przykładem modernistycznego placu zabaw jest obiekt funkcjonujący w Nowym Jorku, w tamtejszym Central Parku, zaprojektowany przez Richarda Dattnera. Ten plac zabaw został pomyślany w ten sposób, że dzieci, żeby na ten plac wejść, musiały najpierw przejść przez labiryntowe wejście. Jeśli dorosły się uparł, to też mógł przez nie przejść, ale nie jest to dla niego zbyt wygodne. Chodziło więc o to, żeby dorośli, jeśli nie muszą, na ten plac nie wchodzili. Na zewnątrz znajdowały się kąciki dla najmłodszych dzieci, które siłą rzeczy są przy rodzicach, i ławeczki dla rodziców. Założenie było więc takie, że rodzice siedzą z boku, a na plac zabaw wchodzą tylko w razie potrzeby. Ten plac zabaw był więc przemyślany od strony społecznej, a przede wszystkim był zaprojektowany.

Przechodząc na koniec na polski grunt: co z placami zabaw w małych miastach i na wsiach?

To, że place zabaw zaczęły powstawać na wsiach, stanowi pewną nowość. Dlatego te miejscowości muszą przejść etap, które duże miasta mają już za sobą: czyli robienia kolejnych, identycznych placów zabaw. Dla mnie to pewien zgrzyt, gdy widzę wieś, w której jest pełno lasów, pola – czyli tak naprawdę mnóstwo miejsc do zabawy – i ktoś oczekuje, że dzieci będą się bawić w tej „klatce”. To nie zadziała, bo u podstaw leży niezrozumienie kontekstu miejsca.

Ale obserwuję pewne znudzenie sztampą tworzonych placów zabaw i zainteresowaniem naturalnymi placami zabaw. Objawia się to zwykle w dużych miastach. W mniejszych miejscowościach też takie projekty mamy, ale zwykle są to centra edukacyjne – instytucje świadome tego, co robią, gotowe ściągać projektantów.

Ale rozwój placów zabaw idzie w dobrym kierunku?

To na pewno. Widać to po liczbie projektów, które realizujemy. Pierwszy wolny termin mamy w listopadzie (śmiech).

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad ukazał się w marcowym wydaniu „Plus Komunalny” – „Piękna i nowoczesna przestrzeń miejska”.

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

1 Komentarz

Skomentuj