Mimozami jesień się zaczyna… – głoszą słowa piosenki, którą można by dokończyć: a zima syfem palonych śmieci w domowych piecach. Przykrymi oznakami nadchodzącej zimy są nie tylko odlatujące bociany i czajki, ale także sine dymy i słodki zapach roznoszący się po wielu miejscowościach w Polsce. Tak się rozpoczyna sezon grzewczy.

Nieprzyjemnie słodkawy i duszący zapach roznosi się po całej Polsce – bez względu na to, czy są to małe osady i wioski, czy dzielnice domków jednorodzinnych w dużych aglomeracjach. Wszędzie tam, gdzie Polacy ogrzewają się ciepłem z przydomowych kotłowni, pali się w nich odpady opakowaniowe, zużyte pieluchy, styropian, części ubrań, stare buty, opakowania wielomateriałowe, lakierowane części starych mebli, a nawet pocięte stare opony.

Nieświadomi truciciele

Problem w tym, że możliwość egzekucji zakazu tego procederu jest wątpliwa. Przysłowiowa „wolnoć Tomku w swoim domku” bywa nieznośna i szkodliwa – dla tych, co sąsiadują z domem opalanym śmieciowymi resztkami, jak i dla samych palących odpadami w piecach. Aby udowodnić palenie w piecach odpadami, należałoby przyłapać sprawcę „na gorącym uczynku”, a możliwości wchodzenia policji, straży miejskiej, że o inspekcji ochrony środowiska nie wspomnę, na prywatne posesje są zawsze obwarowane tysiącem „ale”.

Rzecz w tym, że problem „niskiej emisji”, bo tak został on nazwany, powinien być eliminowany nie metodami policyjnymi, ale wysoką świadomością ekologiczną społeczeństwa. Gdyby wiedza o szkodliwości dzikiego palenia odpadami w domowych kotłach była powszechna, może nigdy nie musielibyśmy z tym problemem borykać się w takiej skali jak obecnie.

Zasoby polskiego Internetu i polskie programy edukacyjne oferują potężną ilość informacji o „niskiej emisji” i jej szkodliwości. Daleko nie szukać – prowadzony przez Abrys, wydawcę „Przeglądu Komunalnego”, serwis „Misja-emisja” ogłasza wprost: „W raporcie Europejskiej Agencji Środowiska „Air quality in Europe – 2012 report” podano, że 21% ludności miast europejskich w 2010 r. było narażonych na nadmierne stężenia pyłu zawieszonego PM10, który jest jednym z najważniejszych zanieczyszczeń pod względem szkodliwości dla zdrowia ludzkiego, występujących w powietrzu. Z raportu wynika również, że liczba osób narażonych na nadmierne stężenie pyłu PM2,5, a także benzo(a)pirenu (BaP), sięgała aż do 30% ludności miast europejskich.

Niska emisja, w czasie której są emitowane takie zanieczyszczenia jak: wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne (WWA), dioksyny, furany oraz metale ciężkie: rtęć, kadm, ołów, a także tlenki siarki i azotu, jest odpowiedzialna za choroby układu oddechowego i krążenia, uszkodzenia wątroby, alergie, a w efekcie za wzrost śmiertelności ludności na terenach o wysokich wskaźnikach emisji tych substancji”.

Kto komu szkodzi?

Najbardziej zagrożeni są najmniejsi i najstarsi – to oni są zazwyczaj najbardziej podatni na zachorowalność powodowaną takimi zanieczyszczeniami, choć nie są jedyni. Związki te szkodzą praktycznie wszystkim, bez względu na wiek, tym bardziej że wiele z nich pod wpływem warunków atmosferycznych łączy się ze sobą, tworząc bardzo niebezpieczne miksy chemiczne. Na skutek tego mamy zarówno „lekkie” przypadki zapalenia oskrzeli, kaszlu czy kataru, jak i poważne przypadki zapalenia płuc, zachorowań na astmę, chorób układu krążenia, wątroby i innych…

O szkodliwości „niskiej emisji” stanowią nie tylko niebezpieczne związki chemiczne zawarte w wyziewach, ale też jej „lokalny” charakter. Zanieczyszczenia pyłowe i gazowe emitowane przez niskie kominy (stąd nazwa) – zazwyczaj w kotłowniach przydomowych lub w kompleksach budownictwa komunalnego – koncentrują się blisko emitorów, powodując poważne skażenia w bliskim sąsiedztwie. W przeciwieństwie do emisji z wysokich kominów, które częstokroć jest rozwiewana na dalekie odległości, zanieczyszczenia z „niskiej emisji” często kumulują się lokalnie. Żaden z tych niskich emitorów nie posiada stosownych zabezpieczeń – stają się one poważnym źródłem skażenia powietrza w miastach. Sine i duszące dymy snują się po ulicach miast, wśród domów jednorodzinnych i przy szkołach – kto przejeżdża przez polskie miasta w tym okresie, doskonale wie, o czym myślę. I nie jest to problem tylko „miast smogowych”, takich jak Kraków czy Zakopane, ale każdego polskiego miasta.

Mam jednak wrażenie, że ta wiedza, bardzo ważna i poważna, jest, niestety, dostępna tylko dla specjalistów ochrony środowiska, a nie ma przełożenia na społeczeństwo. Pamiętam doskonale konsultacje dotyczące budowy spalarni odpadów w Poznaniu, kiedy przeciwko instalacji – jako niebezpiecznej, potencjalnie zagrażającej zdrowiu i bezpieczeństwu ludzi – protestowali ci, którzy bezkarnie palą śmieci w domach. Owszem, pojawiały się argumenty o dioksynach i furanach, ale odnosiły się do budowanej spalarni. Gdy próbowałem zaś udowodnić, że jeśli cokolwiek jest tu szkodliwe, to ich głupie zwyczaje, zapadało kłopotliwe milczenie.

Oczywiście, tam gdzie są próby uświadamiania ludzi w tym zakresie, pojawiają się „argumenty”, że to wina nowych przepisów w „ustawie odpadowej”, cokolwiek to znaczy; że śmieci to najtańszy opał (wobec drogiego węgla i jeszcze droższego oleju i gazu), ale czy to powinno być wytłumaczeniem dla procederu jawnego szkodzenia ludziom przez ludzi?

Potrzeba odwagi

Wielokrotnie powtarzam, że w ochronie środowiska problemem nie jest brak prawa, bo takie – lepsze lub gorsze – mamy i możemy je skutecznie stosować, wystarczy je konsekwentnie egzekwować; problemem nie jest brak rozwiązań technicznych, bo obecnie na rynku mamy szeroki wybór rozwiązań technologicznych w tym zakresie; problemem nie jest też brak pieniędzy, bo mamy możliwość korzystania ze środków Narodowego oraz wojewódzkich funduszy ochrony środowiska i gospodarki i wodnej oraz licznych programów i funduszy europejskich (nie tylko unijnych). Problemem jest brak decyzji. Nie inaczej jest w przypadku „niskiej emisji”. To właśnie brak decyzji lokalnych decydentów powoduje, że ludzie właściwie bezkarnie trują i siebie, i innych.

Nawet gdyby na początku jedyną decyzją miało być wdrożenie programu powszechnej edukacji społeczności lokalnych w zakresie szkodliwości palenia w piecach domowych, byłby to dobry początek dłuższej drogi, która byłaby impulsem dla innych do działania. Dzieci zaczęłyby nękać rodziców i prosić, by przestali palić śmieciami w domu, potem pojawiłaby się oddolna inicjatywa zmuszająca radnych do ogłoszenia programu eliminowania tego procederu z gminy, następnie pojawiłby się ruch w stronę pozyskania pieniędzy na jego sfinansowanie. I tak dalej… Brzmi naiwnie? Niekoniecznie, zważywszy na to, że są gminy, które taką drogą zaczęły podążać kilka lat temu.

Krzysztof Mączkowski
Agencja Informacji i Ochrony Środowiska

"Przegląd Komunalny" 11/2014

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj