Ponad osiem lat temu Partia Zieloni 2004 opublikowała list otwarty do wicepremiera Jerzego Hausera pt. „Zatrzymać uśmiercanie naszych rzek i potoków!”. Pisaliśmy w nim, że „(…) Pod hasłami ochrony przeciwpowodziowej – ze środków m.in. SAPARD-u, Phare Odbudowa oraz kredytu Europejskiego Banku Inwestycyjnego w wysokości 250 mln euro – trwa obecnie niszczenie rzek i potoków”.

Następnie opisano, z czym to destrukcyjne działanie się wiąże: „Inwestycje te polegają na przekształceniu naturalnych meandrów rzecznych z roślinnością nabrzeżną w proste lub wyprostowane cieki-kanały, bez roślinności, z brzegami obsypanymi kamieniem lub faszyną. Nazywa się to – o ironio! – proekologicznymi rozwiązaniami. Jedyny „pozytywny” skutek tych działań to dochody firm melioracyjnych, realizujących takie przedsięwzięcia. Negatywy są bezdyskusyjne:
• kompletna dewastacja przyrody, w tym zniszczenie siedlisk większości gatunków ryb (rzeka z płaskim dnem, bez kryjówek dla ryb i miejsc dla ich tarlisk to martwa, rzeczna pustynia),
• zwiększenie zagrożenia powodziowego, wbrew deklaracjom, które stoją u podłoża tych działań – przyśpieszenie spływu wód i skrócenie biegu rzek zwiększa ewentualną falę powodziową i obniża zdolności retencyjne dorzecza,
• rzekoma poprawa stosunków wodnych – w rzeczywistości najczęściej przesuszanie gleb,
• mniejsza zdolność samooczyszczania oraz nasilone zjawisko erozji, co może powodować zagrożenia dla istniejących już obiektów technicznych”.

Niestety, tamto wołanie do wicepremiera o zatrzymanie absurdalnego wydawania pieniędzy podatników na niszczenie ekosystemów rzek nie przyniosło większego efektu. Także apele innych organizacji pozarządowych do kolejnych rządów niewiele tu zmieniły. A nasz akces do Unii Europejskiej tylko zwiększył strumień dostępnych środków. Głównym dewastatorem rzek i potoków nadal pozostaje środowisko administracji melioracyjnej i firm z nią związanych. Chodzi nie tyle o ochronę środowiska i bezpieczeństwo powodziowe, a o wykorzystanie środków unijnych i funduszy ekologicznych. Przez cały czas organizacje ekologiczne i Zieloni alarmowali również Komisję Europejską, że działania takie są sprzeczne z prawem unijnym – Ramową Dyrektywą Wodną (RDW) czy Dyrektywami Siedliskową i Ptasią. Komisja wdrożyła w ubiegłym roku postępowanie i kontrolę wobec Polski, jednak na razie bezpośrednich efektów nie widać.

Natomiast w czerwcu br. Ministerstwo Środowiska opublikowało założenia reformy gospodarki wodnej, a na początku sierpnia odbyło się spotkanie ministra środowiska i jego zastępcy z ekspertami i kilkoma organizacjami pozarządowymi, dotyczące oceny tych założeń. Po stronie autorów tych propozycji panowało dość spore, skądinąd zrozumiałe, zadowolenie, silnie kontrastujące z równie dużym, a nierzadko druzgocącym sceptycyzmem wśród zaproszonych z zewnątrz specjalistów. Jedną z najbardziej spornych kwestii jest pozostawienie poza resortem środowiska olbrzymiej ilości rzek podległych meliorantom, czyli tym, którzy są głównymi sprawcami dewastowania cieków wodnych.

Chodzi o utrzymanie – mimo istniejącej od ok. 20 lat – zlewniowej struktury zarządzania rzekami, ich administracyjnego podziału na tzw. żeglowne (podległe ministrowi środowiska) i rolnicze (będące kiedyś w kompetencji ministra rolnictwa, a teraz samorządów wojewódzkich). Około połowa rzek podlega obecnie zarządom województw, jednak tak naprawdę „są w posiadaniu” meliorantów – wojewódzkich zarządów melioracji i urządzeń wodnych, ze wszystkimi wcześniej opisanymi skutkami. Zarzucano Ministerstwu Środowiska brak konsekwencji w reformie, która zapewne spowoduje spore zamieszanie w administracji (rozwiązanie Krajowego i siedmiu regionalnych zarządów gospodarki wodnej oraz powołanie nowych struktur dla Wisły i Odry). Eksperci wyrażali obawy, że „od samego mieszania napój nie staje się lepszy i słodszy”.

W ostatnich latach coraz więcej osób przekonuje się na własnej skórze, że zmiany klimatyczne nie dotyczą antypodów na odległych krańcach świata. Spotykamy się z nimi coraz częściej także w Polsce, w formie zjawisk katastrofalnych: powodzi, susz, upałów, pożarów, huraganów oraz zaskakujących mrozów.

Po powodziach w 2010 r. ponad sto organizacji pozarządowych i naukowców skierowało list do ministra środowiska z zapytaniem: co dalej po powodzi? Sformułowano w nim najważniejsze postulaty, które Ministerstwo Środowiska powinno włączyć do założeń reformy, jeśli nie ma ona polegać tylko na „zamieszaniu”.

Warte są przypomnienia, bowiem w większości pozostają one aktualne. Pisaliśmy zatem m.in.:
„Widzimy pilną potrzebę reformy polskiej gospodarki wodnej, zdominowanej dotąd przez branżę hydrotechniczną, anachronicznej i niebędącej w stanie realizować przyjętej przez Wspólnotę Europejską polityki wodnej i przeciwpowodziowej. Dlatego apelujemy o (…) przygotowanie nowych regulacji prawnych, które umożliwią zintegrowane zarządzanie wodami w skali zlewni, a nie w granicach administracyjnych, czy o opracowanie zintegrowanych planów ochrony przeciwpowodziowej, zorientowanych na zarządzanie ryzykiem powodziowym, w których nacisk zostanie położony na środki nietechniczne i zwiększanie naturalnej retencji. Opracowanie planów należy powierzyć interdyscyplinarnym zespołom, a ich przyjęcie poprzedzić rzetelnymi konsultacjami z udziałem wszystkich zainteresowanych.

Oczekujemy od polityków i instytucji odpowiedzialnych za gospodarowanie wodami konsekwentnego i zdecydowanego odejścia od skompromitowanych działań zwiększających ryzyko powodzi. Oczekujemy szybkich i zdecydowanych działań legislacyjnych w tym zakresie. Środowisko naukowców i organizacji społecznych jest gotowe wesprzeć działania rządu kierującego się ww. priorytetami”.

Niezbędna reforma gospodarki wodnej w Polsce jest sprawą trudną, jeśli nie beznadziejną, i trwa nieprzerwanie od 20 lat. Jedyną szansą dla obecnego ministra środowiska na jej przeprowadzenie jest rzeczywiste uspołecznienie procesu jej tworzenia od momentu założeń, po prace w parlamencie. Środowiska naukowców i organizacji pozarządowych są w stanie wesprzeć tylko taką reformę, która będzie niosła za sobą szanse na rzeczywiste zmiany i poprawę sytuacji. Lubimy porównywać się z wysokorozwiniętą, dojrzałą Europą, natomiast tam od wielu lat takie jak u nas „uśmiercanie rzek” jest nie do pomyślenia. Regułą stały się m.in. renaturyzacje, przywracanie rzekom ich naturalnego biegu, co wynika wprost z celu RDW. Mamy wsparcie „dobrych praktyk” oraz europejskiego prawa, potrzebujemy jednak woli politycznej i odwagi do zmian na rzecz dobrej wody dla Polski.

Radosław Gawlik
Stowarzyszenie Ekologiczne Eko-Unia
Zieloni 2004

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj