Problem zmiany nazw ulic, których patroni mieli zasługi we wprowadzeniu i utrzymaniu się u steru „władzy ludowej” w okresie, gdy stanowiliśmy „najweselszy barak” w obozie krajów socjalistycznych, co jakiś czas wraca pod obrady organów gmin. A skoro wraca, to znaczy, że nie wszystkie tego rodzaju plewy zostały usunięte z tablic zdobiących narożne nieruchomości naszych ulic.

Ostatnio wrócił też do mnie w formie pytania pani redaktor z Programu 1 Polskiego Radia. Chcąc na nie odpowiedzieć, należało zajrzeć do zapomnianych od roku dokumentów. Okazało się, że inicjatywa zmiany kilkunastu nazw ulic wyszła ze środowiska osób mocno zaangażowanych w akcję „prostowania polskich poplątanych ścieżek” i krzewienia wiedzy o wywodzących się z lokalnej społeczności bohaterach, zasłużonych w pracy dla Polski. Nie ukrywam, że pierwsze pytanie, które sobie zadałem po otrzymaniu wiadomości na ten temat, dotyczyło tego, kto zamierza na niewątpliwie burzliwej dyskusji wokół niego zbić kapitał polityczny. Cyniczne? Pewnie tak, lecz trudno uciec przed cynizmem, znając dobrze realia polityki – także tej na szczeblu lokalnym.

Gdyby inicjatywa nie tylko wyszła, lecz także była realizowana przez wnioskodawców, nie byłoby powodu do stawiania tego rodzaju pytań. Rzecz jednak w tym, że złożony do organu wykonawczego wniosek obligował go do podjęcia w tej materii inicjatywy uchwałodawczej. Mając świadomość, jak bardzo kontrowersyjny dla mieszkańców jest temat zmiany nazw ulic, zastanawialiśmy się, w jaki sposób go podjąć. Było to tym bardziej istotne, że miałem już doświadczenia związane z propozycją zmiany granic geodezyjnych pomiędzy dwiema miejscowościami. Wówczas przeprowadziliśmy quasi-referendum, które pozwoliło nam poznać stosunek mieszkańców do tego – skądinąd bardzo sensownego – pomysłu, bowiem najstarsi „górale” nie mogli się rozeznać, jak owe granice w terenie przebiegają, gdyż przypominały grań Wideł pomiędzy Kieżmarskim Szczytem i Łomnicą w Tatrach. Rezultat owego głosowania był zdumiewający – przynajmniej dla mnie. Otóż okazało się, że względy racjonalne niewiele miały tutaj do rzeczy. Mieszkańcy w druzgocącej większości powiedzieli „nie”. Dlaczego? Mieliśmy okazję dowiedzieć się z bezpośrednich rozmów. Skracając i upraszczając: chodziło o tradycję. Jak w „Skrzypku na dachu”. Argumentowali to chociażby tak: „w tej miejscowości się urodziłem, to w tej samej umrę”. Albo: „cóż to za miejscowość, w której miałbym się po zmianie granic znaleźć, co nie ma kościoła, szkoły i poczty itp.?”.

Mając na uwadze tego rodzaju doświadczenia, postanowiliśmy zapytać mieszkańców ulic, których nazwy miały zostać zmienione, o ich zdanie na ten temat. Najpierw na podstawie dostępnych danych historycznych przygotowaliśmy noty biograficzne o każdym z patronów owych ulic. Informacje te zostały dostarczone do skrzynek na listy mieszkańców wraz z pytaniem: „Czy aprobujesz pomysł zmiany nazwy ulicy, a jeżeli tak, to jaką masz propozycję?”. I cóż się okazało? Pomimo deklaracji, że mieszkańcy nie będą płacili za wymianę dokumentów, stało się podobnie jak wiele lat temu w przypadku pomysłu zmiany granic miejscowości. Większość z nich była na „nie”. Na kartach do głosowania nie było pytania dlaczego, a więc powodów możemy się tylko domyślać. Prawdopodobnie powodowała nimi niechęć do załatwiania wielu formalności, a w przypadku przedsiębiorców – jeszcze większej ich ilości oraz konieczność poniesienia kosztów z tym związanych. Być może tego rodzaju zmiany kojarzą się mieszkańcom z polityką, której mają serdecznie dosyć, przynajmniej w wydaniu, z jakim na co dzień mamy do czynienia. Wiele wskazuje również na to, że nazwy własne funkcjonują w świadomości w oderwaniu od postaci, z którymi winny być kojarzone. Być może w wielu osobach istnieje jeszcze nostalgia za minionym, chociażby dlatego, że wówczas były one młode, a cóż, jak nie tęsknota za młodością, ją wywołuje? Nie jest również wykluczone, że jakieś znaczenie miała robotnicza historia miasta. Na to nakłada się ciąg skojarzeń związanych z miejscem i niechęć do ich zamiany na inne. Wydaje się także, iż dla większości mieszkańców obojętne albo zupełnie nieznane były fakty z biografii tychże osób. Jeśli rzeczywiście ostatni wniosek jest prawdziwy, to niewątpliwie stanowi on powód do niepokoju o kondycję duchową naszego społeczeństwa.

W tym kontekście mój brak przywiązywania wagi do widocznych jeszcze w przestrzeni publicznej pozostałości okresu PRL-u wymaga skorygowania. Kwestię tę warto rozważyć także w kontekście nieco innym. Czy się to komuś podoba, czy nie, PRL istniał i stanowi kawałek historii naszego kraju, a więc całkowite wymazywanie z przestrzeni jej śladów również nie musi być przyjmowane jako zasada. Może niektóre warto pozostawić, opatrując je rzetelną informacją, pozwalającą na jednoznaczną ocenę roli, jaką w historii odegrały osoby patronujące nazwom ulic? Wydaje się, że tablice informacyjne zamocowane pod nazwami ulic mogłyby spełnić tę funkcję. Jeśli znalazłyby się one nie tylko przy nazwiskach osób, które niechlubnie zapisały się w historii, pewnie wielu przeczytałoby je i dowiedziało się coś niecoś o historii.

Marian Walny
zastępca burmistrza, Luboń

 

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj