Wojna zawsze oznacza nieszczęście: ból, cierpienie, zniszczenia, biedę i głód. Nie traci tej grozy nawet wtedy, gdy toczy się tysiące kilometrów od nas. Cieśnina Ormuz leży około 5 tys. km od Warszawy, ale w świecie, który naprawdę stał się globalną wioską, taki dystans nie daje już poczucia bezpieczeństwa. Konflikt zbrojny USA z Iranem natychmiast rzuca cień na światową gospodarkę i będzie odbijał się jej czkawką jeszcze długo po tym, jak ucichną działa.
Właśnie dlatego teza, że „nie tylko branża zbrojeniowa, ale i branża recyklingu jest beneficjentem netto tego konfliktu”, jest tak trudna i kontrowersyjna. Lokalny dramat ludzi splata się tu z globalnymi konsekwencjami ekonomicznymi, a chłodna analiza rynku musi mierzyć się z ciężarem ludzkiego cierpienia.
Kiedy Excel odkrywa recyklat
Należy zacząć od początku 2026 roku, kiedy ropa naftowa, a co za tym idzie pierwotne tworzywa sztuczne, były tanie „jak barszcz”, a magazyny recyklerów pękały w szwach od surowców wtórnych, o które „pies z kulawą nogą” nawet nie pytał. Poziomy zbiórki zostały „z grubsza” osiągnięte, DPR-y wystawione, SENT-y pozamykane – idealny obraz świata z „zieloną transformacją” w tle. Nadrzędna zasada rynku – Cena Czyni Cuda – zamyka w takich chwilach serca przetwórców na wołanie o pomoc dla środowiska. Przecież jest dobrze, dobrze i tanio!
Nastał marzec 2026 roku. Ciągłość dostaw ropy z Bliskiego Wschodu staje pod znakiem zapytania, jej cena dramatycznie rośnie, rafinerie podnoszą ceny monomerów, a wraz z nimi rosną ceny polimerów i spada ich podaż. Niektórzy producenci tworzyw zatrzymują instalacje, chcąc przeczekać „piki cenowe” – przecież „Wielki Brat” co tydzień zapowiada klęskę „Imperium Zła”, którym aktualnie stał się Iran. Idealny świat taniego surowca i długich łańcuchów dostaw rozpada się jak „domek z kart”. Nagle Excel akceptuje dwukrotnie wyższe ceny zakupu, bo działa „siła wyższa”. Nie jest już ani dobrze, ani tanio… a mimo wszystko żyjemy!
Od początku marca 2026 roku wolumeny produkcji i sprzedaży recyklatów w Polsce wzrosły ponad dwukrotnie. Cieszą się recyklerzy, operatorzy systemów zbiórki i sortownie, które jeszcze do końca lutego błagały o odbiór wyselekcjonowanych odpadów. Teraz wszystko „schodzi na pniu”, a po niektóre odpady trzeba się ustawić w kolejce. Jak za dotknięciem „czarodziejskiej różdżki” oczy przetwórców zwracają się na recyklerów i widać w nich coś na kształt „uwielbienia”… jak dobrze, że jesteś, recyklerze! Niektórzy po raz pierwszy dotykają recyklatów i ze zdumieniem konstatują, że „da się z nich produkować i wcale nie są aż tak drogie”.
I tak zburzenie taniego „świata idealnego” przywraca wartość temu, o czym od lat tylko mówi się w mediach i pisze w unijnych dyrektywach: rośnie zainteresowanie surowcami wtórnymi, maleją hałdy odpadów z tworzyw sztucznych, warto po nie sięgnąć i można z nich produkować. Nasz mały „zielony ład” przestaje być brukselską fanfaronadą i staje się praktyczną codziennością, która nawet mieści się w słupkach Excela…
Tylko czy aby odkryć jego dyskretny urok, trzeba było pożogi wojennej na Bliskim Wschodzie?
Imperatyw braku
Powyższy obraz potwierdza moją teorię, że jedynym naturalnym imperatywem skłaniającym nas do zainteresowania się odpadami jest „imperatyw braku”. Brak surowców lub zbyt wysokie koszty ich pozyskania wyzwalają gotowość do odzyskiwania ich z odpadów. Najlepszym przykładem jest elektrorecykling, bez którego trudno dziś sobie wyobrazić zaopatrzenie przemysłu w wiele trudnych do pozyskania i drogich pierwiastków, m.in. metali ziem rzadkich.
Na drodze tworzyw sztucznych do powtórzenia sukcesu „górnictwa miejskiego” stoi niska cena ropy naftowej oraz jej dostępność – póki ktoś nie zablokuje jakiejś cieśniny. Tworzywa sztuczne padają ofiarą swej „doskonałości”: są śmiesznie tanie i prawie „niezniszczalne” w naturalnych warunkach, więc ich odpady będą nam towarzyszyć przez dziesięciolecia… albo i dłużej.
„Imperatyw braku” doskonale widać w społeczeństwach biednych, gdzie troska o materiał/surowiec obecna jest na co dzień i wpajana od najmłodszych lat. Nie wymaga „wzniosłych aktów” ani medialnych akcji edukacyjnych. Do dziś mam przed oczami scenę z dzielnicy Mercado w Addis Abebie, gdzie wywrotka „kipruje” zmieszane odpady, a do sterty śmieci z okolicznych slumsów natychmiast podbiegają ludzie, w większości dzieci. Jedni wybierają metal, inni drewno i papier, jeszcze inni gruz budowlany. W ciągu godziny z hałdy śmieci nic nie zostaje… i wtedy podjeżdża kolejna wywrotka.
Tak, bez dyrektyw i rozporządzeń, bez obowiązkowych poziomów recyklingu i ponownego użycia, bez deklaracji środowiskowych, zdrowy rozsądek biednych ludzi nakazuje odzyskiwać wszystko, co dla innych stało się zbędne. Niestety my – „ludzie bogatej Północy” – jesteśmy zbyt zamożni. Nie doświadczamy na co dzień „braku”, może z wyjątkiem „surowców krytycznych”, więc obcy jest nam ów imperatyw.
Imperatyw troski
W zamian stworzyliśmy sobie „imperatyw troski”, który przemawia do poczucia odpowiedzialności za wspólną planetę, sławny „Statek kosmiczny – Ziemia” Kennetha E. Bouldinga, i za środowisko, które chcemy przekazać dzieciom i wnukom w niepogorszonym stanie. Tyle że ten imperatyw nie znajduje arytmetycznego uzasadnienia w „rachunku zysków”, bo zakładany „zysk” widoczny będzie dopiero w kolejnych pokoleniach. W kategoriach „tu i teraz” jest zwyczajnie nieopłacalny ekonomicznie. Stąd głosy sprzeciwu wobec „Zielonego Ładu”, „świadectw emisyjnych CO2” i obowiązkowych poziomów recyklingu. Po co więc to robić?!
Aby odpowiedzieć, przywołam obraz z Puszczy Piskiej, po której oprowadzał mnie pewien nadleśniczy, pokazując ponad 120-letnie okazy sosny taborskiej, które osiągnęły swój wiek rębności i „szły pod topór”. Wspominał swego pra-pra-dziadka, też leśniczego, który je sadził. Trzy pokolenia leśników troszczyły się o te drzewa, mając świadomość, że żadne z nich nie zobaczy ani jednego mebla, ani jednej więźby dachowej wykonanych z tego drewna. Czy patrząc z ich perspektywy, to wszystko im „się opłacało”? Chyba nie, a jednak robili to w poczuciu troski. Dlatego gdy dziś pytamy, czy warto wydawać więcej na recykling odpadów niż na pozyskanie surowców pierwotnych i czy warto stosować recyklaty droższe od „oryginałów”, należy bez wahania sięgnąć po ten obrazek z Puszczy Piskiej.
Niestety poczucie odpowiedzialności wobec przyszłych pokoleń jest równie szlachetne, co rzadkie wśród przedsiębiorców, dlatego instytucje odpowiedzialne za ciągłość państwa przejęły obowiązek zakotwiczenia „imperatywu troski” w systemach prawnych. Stąd regulacje na pierwszy rzut oka „trudne i nieopłacalne”, a jednak konieczne – system zakazów i nakazów doskonale stymuluje indywidualne poczucie przyzwoitości. Bo właśnie o tę przyzwoitość, a nie doraźne korzyści, w tym wszystkim chodzi, choć bycie przyzwoitym nie jest ani łatwe, ani komfortowe…
Mądrzy po niewczasie
Właśnie takiego ekonomicznego dyskomfortu przyszło nam teraz doświadczyć, gdy w gruzach legły dotychczasowe „łańcuchy dostaw”, a przetwórcy tworzyw sztucznych miłością trudną i trochę niechcianą znów pokochali recyklerów. Piszę „znów”, bo to już trzeci raz z rzędu stajemy się „mądrzy po niewczasie” – pamiętamy pierwsze ostrzeżenie, jakim była pandemia COVID-19, oraz drugie, jakim stał się wybuch wojny w Ukrainie, zwany przeze mnie pandemią PUTIN-22. Wydawało się wówczas, że wyciągnęliśmy wnioski i zatroszczymy się o pewną autarchię narodowych gospodarek w oparciu o sieć lokalnych powiązań. Do owej autarchii należy wykorzystanie lokalnych zasobów surowców wtórnych, których znikąd sprowadzać nie trzeba.
No cóż, być może dopiero „do trzech razy sztuka” i po dwóch wspomnianych pandemiach dopiero ta trzecia – nazwijmy ją TRUMP-26 – przekona nas, że warto.
Sympatia tak, ale nie wymuszona
Jako przedstawiciel branży recyklingu postawię kolejną, ryzykowną tezę: „obecna sytuacja nie czyni recyklerów szczęśliwymi – bogatszymi niewątpliwie, ale nie szczęśliwymi”. Zwiększony popyt i gotowość przetwórców do pokrycia rzeczywistych kosztów recyklingu w cenie recyklatu to szansa na chwilowe podreperowanie finansów branży, tylko… nie o to nam chodzi.
Nie o to, by korzystać na globalnych zapaściach, jakimi są wojny i pandemie, by „żerować” na skokach cen ropy naftowej i embargach na jej dostawy. Nie chcemy „wymuszonej sytuacją sympatii” dla recyklatów, ale systemowych rozwiązań, w których oba strumienie surowcowe – pierwotny i wtórny – znajdą stałe, ugruntowane miejsce u przetwórcy.
Zwłaszcza że oprócz dostarczania materiału na nowe produkty branża recyklingu pełni drugą, równie ważną, a może ważniejszą funkcję – „sprząta świat” z odpadów, które bez jej działań w krótkim czasie nas zasypią. Dlatego osobiście irytuje mnie parafraza polskiego przysłowia, że „jak trwoga, to do… recyklera!”. Irytuje tak bardzo, że musiałem się tą irytacją podzielić z czytelnikami już w tytule tego felietonu.
Andrzej Kubik
Prezes Zarządu GPR Guma i Plastik Recycling
![ad1a webinar ZSSEIE Pracodawcy GOZ [08.06-17.06.26]](https://portalkomunalny.pl/wp-content/uploads/2026/06/webinarium-zseie-1320-x-250-px.png?pas=17185243952606161359)
![ad1b ECOMONDO [01.06-30.06.26]](https://portalkomunalny.pl/wp-content/uploads/2026/05/eco26_1320x150_gyt_pol.jpg?pas=4515271642606161359)
![ad1c abrys wydarzenia [od 03.03.25]](https://portalkomunalny.pl/wp-content/uploads/2025/03/wydarzenia.abrys_.pl-320-x-520-px.png?pas=3847660972606161359)












![ad2 KGO kompleksowa 2026 [02.06.-02.09.26]](https://portalkomunalny.pl/wp-content/uploads/2026/06/baner_kgo_2026_abrys1320-x-250-px.png?pas=5642589322606161359)












Komentarze (0)