Wycofujący się przewoźnicy, zawieszane i likwidowane – czasami z dnia na dzień – połączenia. Mieszkańcy, a wraz z nimi przedstawiciele samorządów, borykają się z problemami dostępu do transportu publicznego obsługiwanego niegdyś przez PKS.

Jak podaje Gazeta Wyborcza, w Polsce pojawia się coraz więcej informacji o likwidowaniu lub zawieszeniu połączeń autobusowych. Coraz trudniej znaleźć zastępstwo na trasy obsługiwane niegdyś przez PKS-y.

Kłopoty ma na przykład powiat hrubieszowski, gdzie trwa wyścig z czasem. Urzędnicy dopiero w tym tygodniu, a więc na kilka dni przed początkiem roku szkolnego, rozpatrzą wnioski firm, które starają się o pozwolenia, by wejść na trasy. Tamtejsi rodzice martwią się, że od września uczniowie nie będą mogli dojechać do szkół.

Małe busy też nie dają rady

Kłopot stanowią także standardowe przejazdy pasażerskie. Na wielu trasach schedę po wycofanych PKS-ach przejęli prywatni przewoźnicy dysponujący mniejszymi busami. Ale i oni sobie nie radzą.

GW podaje przykład małopolskiego Krab Busa, który po 22 latach zlikwidował połączenie ze Świątnik Górnych do Krakowa. Właściciel firmy mówi, że jego dotychczasowi klienci wybierają konkurencję, swoje auta albo też przesiadają się do komunikacji miejskiej zwiększającej swój zasięg. Dla Krab Bus gwoździem do trumny stały się też rosnące ceny paliwa.

Kilka miesięcy temu jedno ze swoich połączeń między Poznaniem a Opalenicą zlikwidowała firma Marco Polo. Tu silną konkurencję stanowią pociągi kursujące do i ze stolicy Wielkopolski co pół godziny. Do centrum Poznania można się nimi dostać w nieco ponad 30 minut, co jest nieosiągalne w przypadku dojazdu samochodem.

Sprzedaż biletów nie wystarcza

Fatalnie sytuacja ma wyglądać też w powiecie lublinieckim. Tam rynek także przejęli prywatni przewoźnicy, by po pół roku zrezygnować. Większość nie jest w stanie utrzymać się tylko ze sprzedaży biletów.

Rząd pracuje właśnie nad ustawą o transporcie zbiorowym. Pojawiły się pomysły na kontrakty z przewoźnikami pozwalające tym drugim na bilansowanie strat na niektórych trasach. Problem w tym, że są w Polsce powiaty, w których straty generuje każde połączenie.

Źródło: Gazeta Wyborcza

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

2 Komentarze

  1. No bo to trzeba być idiotą, żeby wierzyć, że utrzyma się bus, gdzie równolegle jest wygodne połączenie pociągiem. Trzeba się dostosować, skrócić trasę do stacji na przesiadkę, dopasować rozkład pod pociąg. PKSy są same sobie winne, bo budzą się „z ręką w nocniku’ zamiast dostosowywać się pod pasażera. Wjeżdżanie autobusami do i tak zakorkowanych miast to spadek po komunie. W takim syfie komunikacyjnym jaki mamy nie da się wypracować porządnej siatki połączeń. Potrzebna jest w końcu ustawa transportowa, która zmusi samorządy do utrzymywania transportu publicznego który MUSI BYĆ. Po prostu, bez żadnych argumentów. Ma być, bo jesteśmy w EUROPIE i mamy XXI wiek!! A zapłacić za to powinni kierowcy aut osobowych, bo to oni z tego korzystają, że cała reszta tłucząca się tymi nędznymi połączeniami autobusami i pociągami nie generuje korków kolejnymi autami.

  2. kiedyś były tzw. gimbusy, może trzeba wrócić do pomysłu, bo głównymi użytkownikami autobusów jest młodzież szkolna (przynajmniej na terenach mniej zurbanizowanych.).

    Oczywiście inna sytuacja jest w aglomeracjach, gdzie funkcjonuje komunikacja miejska…

Skomentuj