Ludzie renesansu, czyli pierwsze kroki monitoringu miejskiego
Współczesne osiedla mieszkaniowe, a także liczne kamienice i budynki biurowe często można porównać do małych twierdz. Dostępu bowiem do nich strzegą ogrodzenia, kamery oraz wszechobecne domofony (nierzadko wideo).
I zanim staniemy przed łaskawym obliczem osoby, którą chcemy odwiedzić, stajemy się obiektem swoistego zdalnego „przesłuchania” – kto, do kogo i w jakiej sprawie. Jeżeli jednak przyjrzeć się bliżej warunkom panującym w dawnych miastach, można dojść do wniosku, że i w nich panowały podobne zasady. Ale z jedną drobną różnicą – funkcję wszystkich elektronicznych cerberów strzegących budynków pełnili… stróże kamieniczni (domowi).
Ale zajęciem stróża kamienicznego nie było tylko stróżowanie. Miał ich tyle, że gdyby jego obowiązki były bardziej wyrafinowane, można byłoby go określić mianem „człowieka renesansu”, ale ponieważ były bardziej przyziemne, musi wystarczyć określenie „człowiek orkiestra”. Nie był on bowiem tylko zwykłym robotnikiem czy posługaczem, a swoistym zastępcą właściciela kamienicy, ba – niemal jej współwłaścicielem. A to dlatego, że obowiązki nakazywały mu, by strzegł jej jak swojej własności, czuwał nad bezpieczeństwem i majątkiem mieszkańców, a dbając o porządek i czystość – także nad ich zdrowiem. I nie było w tym żadnej przesady, gdyż już z chwilą zatrud...