Piszę o tym nie po to, by przedstawiać zawodowy życiorys, lecz dlatego, że mam dziś pod adresem samorządowców kilka cierpkich uwag. I nie chciałbym usłyszeć, że wynikają one z nieznajomości samorządu. Samorząd znam, rozumiem i od lat mu kibicuję. Tym bardziej nie rozumiem tego, co dzieje się dziś w wielu polskich gminach.

Nie rozumiem przede wszystkim skali zniszczeń, jakie lokalni włodarze potrafią fundować swoim gminom w imię „rewitalizacji”, „rozwoju” czy „zwiększania atrakcyjności inwestycyjnej”. Jakiś czas temu pomstowałem na pazerność deweloperów, którzy w wielu miejscach bezkarnie dewastują przestrzeń. Tyle że deweloper nie buduje w próżni. Buduje dlatego, że ktoś wcześniej wydał decyzję, zmienił plan, dopuścił inwestycję albo uznał, że właśnie tak ma wyglądać lokalny „rozwój”.

Prywatyzacja krajobrazu

Hel: inwestycja hotelowa na samym krańcu helskiego cypla wiąże się z wycinką kilkuset drzew i, co gorsza, naruszeniem unikalnego terenu Helu. Międzyzdroje: na tamtejszej plaży powstaje hotel, który dzięki (cytat z reklamy): „doskonałej lokalizacji, najwyższej klasy udogodnieniom oraz niepowtarzalnemu widokowi na morski krajobraz przywróci dawny blask Międzyzdrojów!”. Giżycko: tuż nad jeziorem jest planowana jedna z największych inwestycji turystycznych w regionie Wielkich Jezior Mazurskich; ma to być hotel, domki, zaplecze rekreacyjnie – tak rozległe, że wielu z obserwatorów wyraża obawy o dewastację niezabudowanego dotąd brzegu jeziora Kisajno. Skala planowanej inwestycji powoduje, że mówi się o całkiem nowej miejscowości na polach, która może doprowadzić do „bezpowrotnej zmiany krajobrazu jednej z najcenniejszych części Mazur” (Hotelarz, 19.09.2025).

Listę takich przykładów można rozwijać i rozwijać. Wszystkie one – i kolejne – są efektem bezmyślności samorządowych włodarzy, dyktowanej „dobrem i promocją gminy”, lub świadomie złej woli. O korupcji nie piszę, bo nie mam chwilowo czasu na pałętanie się po sądach.

Wszystkie one pokazują, że jednym z coraz bardziej widocznych problemów współczesnego rozwoju lokalnego jest swoista prywatyzacja krajobrazu i przyrody. Nie chodzi przy tym wyłącznie o formalne przejmowanie gruntów przez prywatnych inwestorów, lecz o proces, w którym przestrzenie mające dotąd charakter wspólny – plaża, brzeg jeziora, las, wydma, zbocze góry czy otwarty krajobraz – zostają podporządkowane interesowi komercyjnemu. Powstają hotele, apartamentowce, zamknięte osiedla i kompleksy turystyczne, które wprawdzie zajmują konkretną działkę, ale ich oddziaływanie wykracza daleko poza granice nieruchomości. Zmieniają krajobraz, zwiększają presję komunikacyjną i turystyczną, powodują wycinkę drzew, uszczelnienie powierzchni, ingerencję w stosunki wodne i siedliska zwierząt, a niekiedy również ograniczają faktyczny dostęp mieszkańców do miejsc, które wcześniej były przestrzenią wspólną.

Rozsądkowa zabudowa

Pojawia się więc pilna potrzeba zredefiniowania pojęcia rozwoju lokalnego. Pytanie o rozwój nie powinno brzmieć jedynie: „ile możemy tu zbudować?”, ale przede wszystkim: „czego nie powinniśmy zabudować nigdy?” albo „jak możemy to zbudować inaczej?”. Krajobraz, brzegi jezior, połacie lasu są przede wszystkim wartością obecnych i przyszłych mieszkańców. Zadaniem samorządu jest więc nie tylko przyciąganie inwestycji, lecz również stawianie im granic tam, gdzie prywatny zysk zaczyna oznaczać trwałą utratę wspólnego dobra.

Nie chcę w tym momencie odwoływać się do idei świadczeń ekosystemowych, które, wprowadzane do polskiego prawa, mocno zrewidują opłacalność wielu inwestycji, ale do zwykłego zdrowego rozsądku. Czy to wystarczy?

Krzysztof Mączkowski

Uniwersytet WSB MERITO w Poznaniu