Elbląg, Bochnia, Chojnica, Strzyżów, Kostrzyca, Sobuczyna, a ostatnio Jędrzejów i Chlewnica – to nie tylko pożary w legalnie działających zakładach gospodarki odpadami, ale też mapa gigantycznych strat w infrastrukturze, która składa się i tworzy polski system gospodarowania odpadami. Każde z tych zdarzeń ma własne przyczyny, przebieg i konsekwencje. Łączy je jednak doświadczenie zdarzenia, które w ciągu kilku godzin potrafi zachwiać podstawami funkcjonowania całej firmy.

Szczególnie przejmujący obraz przyniósł weekend 15–16 sierpnia 2026 r., gdy pożar dotknął zakład ELWOZ ECO w Chlewnicy, obsługujący systemy wielu gmin i ponad 250 tysięcy mieszkańców.

Pożar to początek

Kiedy ogień pojawia się w zakładzie, najpierw trwa walka o ludzi, instalacje i majątek. Później przychodzi liczenie strat: zniszczona hala, uszkodzone maszyny, przerwane procesy technologiczne, zagrożone miejsca pracy, zagrożone kontrakty i ograniczenia w bieżącym funkcjonowaniu. W jednej chwili może zostać zniszczony dorobek budowany przez dziesięciolecia i liczony w dziesiątkach milionów złotych.

To jednak dopiero początek problemów. Ugaszenie ognia nie kończy kryzysu, a dopiero odsłania jego pełny rozmiar. Kiedy milkną syreny, przedsiębiorca zostaje z zakładem, który musi odbudować, pracownikami, których chce utrzymać, oraz zobowiązaniami, które nie zniknęły wraz z zakończeniem akcji ratowniczej. Musi jak najszybciej uruchomić wszystko, co ocalało, bo bez działalności nie będzie miał ani przychodów, ani realnej możliwości powrotu do normalności.

Wtedy okazuje się, że system prawny przygotowano wyłącznie na zwykłe warunki pracy. Procedury nie uwzględniają nagłej utraty części infrastruktury, decyzje administracyjne nadal opisują zakład sprzed zdarzenia, a terminy postępowań pozostają całkowicie oderwane od tempa, w jakim przedsiębiorstwo traci płynność, kontrakty i pracowników. Sam pożar staje się początkiem znacznie dłuższej walki – o możliwość odbudowy, dalszą działalność i przetrwanie przedsiębiorstwa.

Instalacja po awarii nadal jest instalacją

Pożar, awaria albo katastrofa techniczna zawsze wymuszają reorganizację pracy. Niekiedy zakład musi zatrzymać się na kilka tygodni lub miesięcy, aby przeprowadzić remont, odbudowę albo modernizację.

Nie jest to zaprzestanie funkcjonowania instalacji, lecz szczególny etap jej funkcjonowania: okres usuwania skutków zdarzenia i odtwarzania zdolności operacyjnej.

Problem polega na tym, że polskie przepisy nie znają stanu pośredniego. W praktyce nawet rozwiązanie racjonalne z technologicznego i środowiskowego punktu widzenia może okazać się niedopuszczalne tylko dlatego, że nie zostało wcześniej przewidziane w decyzji. Powstaje błędne koło. Aby się odbudować, zakład musi pracować. Aby pracować po awarii, musi czasowo działać inaczej niż przed nią. Jeżeli jednak podejmie takie działania, naraża się na sankcje. Jeżeli jednak będzie czekał na wszystkie decyzje, to – z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością – końca tych postępowań nie doczeka.

Potrzebujemy prawnego trybu awaryjnego

Być może wydarzania z Elbląga czy Chlewnicy staną się impulsem do poważnej dyskusji o potrzebie wprowadzenia do polskiego porządku prawnego szczególnych procedur działania po pożarze, awarii, katastrofie budowlanej lub innym niezawinionym zdarzeniu, które czasowo ogranicza zdolność instalacji. Nie chodzi o blankietowe zwolnienie z przepisów prawa ani o zgodę na obniżenie standardów ochrony środowiska. Chodzi o kontrolowany, przejrzysty i ograniczony w czasie tryb awaryjny.

Prowadzący instalację powinien móc niezwłocznie przedstawić organowi plan działania awaryjnego. Plan opisywałby stan instalacji, możliwe do prowadzenia procesy, rozwiązania zastępcze, sposób zabezpieczenia odpadów, przewidywany czas odbudowy oraz środki ograniczające ryzyko dla ludzi i środowiska. Po jego zgłoszeniu przedsiębiorstwo mogłoby przez oznaczony czas działać w uzasadnionym odstępstwie od warunków własnej decyzji.

Tryb awaryjny byłby instrumentem ochrony mieszkańców, gmin i ciągłości usług publicznych. Gdy z systemu nagle wypada duża instalacja, odpady nie przestają powstawać. Skutki awarii jednego zakładu bardzo szybko przenoszą się na cały region.

Mądrzy przed szkodą

Problem braku procedur awaryjnych dotyczy całej branży, zwłaszcza tych instalacji, które pracują normalnie i są przekonane, że podobne zdarzenie im się nie przydarzy.

Bo na wypadki trudno się przygotować. Można jednak przygotować się na ich następstwa i budować system tak, by był odporny. Nie chodzi o to, aby po katastrofie przedsiębiorca mógł działać poza prawem. Chodzi o to, aby prawo potrafiło działać także w warunkach katastrofy – pozwalało szybko wdrożyć bezpieczne rozwiązania przejściowe, utrzymać możliwą część działalności i odbudować zakład. Dziś właśnie tego elementu brakuje.

Agnieszka Fiuk

członek Rady Programowej Izby Branży Komunalnej