Bycie burmistrzem, o czym większość przekonuje się tuż po wyborze, nie jest wcale rzeczą łatwą, a potrafi być również nieprzyjemne. Pretensje mają wszyscy, zarówno przeciwnicy, bo z definicji zrobiliby wszystko inaczej, tzn. oczywiście lepiej, jak i zwolennicy, bo burmistrz nie realizuje natychmiast wszystkich obietnic wyborczych. Funkcja ta wymaga niewątpliwie cywilnej odwagi i odporności psychicznej, a także sporych umiejętności negocjacyjnych i wizji tego czego się chce dokonać. Pozbawiony tych cech “wybraniec” staje się natychmiast zakładnikiem, i to bynajmniej nie wyborców, i nie jest w stanie posplatać wielorakości oczekiwań w jeden, w miarę spójny kierunek działania.
We Francji jest z tym trochę inaczej, burmistrz nie jest bowiem wybierany przez radę, ale w wyborach bezpośrednich. Do wyborów przystępuje ugrupowanie, na czele którego stoi jego kandydat na burmistrza. Ugrupowanie wygrywa, kandydat obejmuje urząd. Sytuacja taka stwarza dużą stabilność rządów w mieście, tym bardziej, że zjawisko koniunkturalnego przechodzenia z jednego ugrupowania politycznego do innego (tak ostatnio modne w naszym Kraju) jest tu praktycznie nieznane. Wyjątek stanowił w tym roku przypadek Paryża, gdzie ustępujący burmistrz z RPR stworzył w ramach własnej partii frondę i pod nowym – starym szyldem próbował utrzymać stanowisko. Skutek dla partii i burmistrza okazał się fatalny.
Niezależnie od wielkich analiz, odnoszących się zresztą praktycznie wyłącznie do kilku większych miast, które na tej podstawie wieściły klęskę prawicy, a zwycięstwo lewicy (lub odwrotnie) i na tej podstawie wróżyły klęskę lub zwycięstwo w przyszłych wyborach parlamentarnych i prezydenckich, właściwie, w skali kraju, nic się nie zmieniło i układ sił pozostał zachowany. Nie widać zresztą, by w działaniu miast coś uległo zmianie.
Miało być jednak o burmistrzach i ich kłopotach we Francji. Są one dość podobne do kłopotów burmistrzów w Polsce i dotyczą głównie tych, którzy mają wizję miasta niekoniecznie pokrywającą się z poczuciem życiowych przyzwyczajeń mieszkańców.
Chciałbym w tym miejscu przytoczyć przykład byłego mera miasta Nantes. Otóż, w okresie kiedy Francję opanowała moda na likwidację komunikacji tramwajowej, bo “przeszkadzała” ruchowi samochodowemu, nie tylko oparł się on żądaniom likwidacji jedynej w mieście linii, ale wbrew opinii nawet własnej partii rozpoczął budowę drugiej. W rezultacie fatalnie przegrał wybory. Rozpoczęta budowa została jednak zakończona i ku “partyjnemu zdumieniu”, została doceniona przez mieszkańców. Panu Chennard zaproponowano ponownie stanowisko mera, ten jednak odmówił.
Obecnie wiele miast francuskich na gwałt buduje linie tramwajowe i kilku merów też z tego powodu przegrało ostatnie wybory. Tramwaje jednak jeżdżą, a mieszkańcy zwolna zaczynają doceniać brak kłopotów z parkowaniem samochodów.
Drugi przykład odnosi się do burmistrza Rennes. W trakcie analiz przedwyborczych, przyznawano, że jest kompetentny, pracowity i dużo dla miasta robi. Pojawiało się jedno małe ale. Pan burmistrz doprowadził do budowy metra. Mało tego, w ramach programu wyborczego zapowiedział, że po skończeniu linii w budowie metro zostanie rozbudowane i powstaną dwie dalsze. Wiadomo, budowa. Część ulic zamknięta, część nieprzejezdna. Miasto się “korkuje”. Co prawda korkowało się poprzednio również z nadmiaru samochodów, ale to przecież co innego. Konkurencja zatarła ręce i ruszyła do natarcia “owszem metro pewnie się przyda, ale przecież nie kosztem niedogodności dla mieszkańców, których wygoda powinna zostać uszanowana”. W tym przypadku silna wola burmistrza wygrała. Został wybrany na piątą kadencję.
Obserwując nasze zwyczaje w radach miejskich i narastającą falę populizmu, a także cofanie się przed każdym “protestem” w nadziei, że obróci się to w kolejny sukces wyborczy, dedykuję te dwa z wielu przykładów tym, którzy myślą o rządach w mieście.

Wojciech Sz. Kaczmarek