Wobec coraz częstszych w Polsce akcji wycinania w pień przydrożnych drzew warto sobie przypomnieć, po co właściwie sadzono i wciąż jeszcze sadzi się drzewa przy drogach?

Dawniej drzewa – przy srogich i śnieżnych zimach – wyznaczały szlak podróżującym. Częściowo chroniły też przed wiatrem i zamiecią. Latem dawały orzeźwiający cień, pozwalając podróżnym schować się przed gorącem i poprawiając komfort podróży. Wreszcie stanowiły ważny, estetyczny element krajobrazu, gdyż w przydrożnych szpalerach sadzono różne ciekawe i piękne gatunki drzew. Wówczas pewnie mniej myślano i wiedziano o aspekcie ekologicznym. Dziś wiemy, że w „betonowych pustyniach miast” i uprawnych przestrzeniach setek hektarów jednakowych pól szpalery dużych drzew to siedliska, punkty odpoczynku i schronienia wielu gatunków zwierząt, głównie ptaków.

Skąd wziął się ów pseudonowoczesny pęd do wycinania szpalerów drzew w miastach i poza nimi? Drogowcy ich „barbarzyńską” wycinkę najczęściej usprawiedliwiają koniecznością poprawy bezpieczeństwa kierowców. Dojrzałe drzewo stanowi rzeczywiście twardą barierę dla samochodów, na której zdrowie i życie straciło wielu kierowców i pasażerów. To niewątpliwie fakt. Ale jeszcze twardszą barierę stanowią słupy oświetleniowe i domy przy drogach, a jakoś nikt nie proponuje ich usunięcia czy wyburzenia ze względu na bezpieczeństwo nieostrożnych kierowców.

CCJ 300 x 250

Pouczające są przeprowadzone na Zachodzie badania psychologiczne wśród kierowców. Dla ogromnej ich większości drzewa przy drodze są działającym automatycznie i podprogowo sygnałem: „jedź ostrożniej, noga z gazu”. Problem bezpieczeństwa nie tkwi zatem w drzewach, tylko w głowach szalonych kierowców.

Mam podstawy sądzić, że motywacje do wycinki w pień tych drzew są bardziej prozaiczne i raczej natury materialnej. Popatrzmy, ile pojawia się tu możliwości biznesowych.

Drzewo to cenny opał, a stare drzewo np. lipy to bardzo dobry materiał dla rzeźbiarzy. Dąb i jesion można przerobić na deski, parkiety itp. Za wycinkę trzeba zapłacić – z naszych kieszeni. Ale decydenci, często wyprzedzając protesty, zapowiadają nasadzenie w to miejsce lub obok niego nowych, młodych drzew. To też biznes. Ktoś je musi w szkółkach wyprodukować i następnie posadzić. Za to płacimy też my. Krótko mówiąc, jest tu łańcuszek zainteresowanych w wycinaniu starych drzew i sadzeniu nowych. Miejsca pracy i dochody, szczególnie w dobie recesji, tym bardziej są cenne.

Inną motywacją, która pojawia się np. przy planie wycinki ponad stuletnich kasztanowców we Wrocławiu, jest wygoda budowlańców. Kapitalny remont drogi łatwiej robić, jak skutecznie „wyczyści” się cały plac budowy! Każdy się z tym zgodzi. Nie wiadomo, jak zgodził się na to konserwator zabytków, gdyż jest to jeden z ostatnich elementów dawnego założenia urbanistyczno-parkowego łączącego Tor Wyścigów Konnych na Partynicach z Parkiem Południowym. Może to przeoczył!? Smaczku dodaje tu fakt, iż na ulicy, po której przemieszcza się dziennie kilkadziesiąt tysięcy pojazdów, politycy i projektanci nie przewidzieli ekranów akustycznych. Wrocław to podobno „miasto zieleni”, choć coraz częściej zaczyna to być miasto szarego betonu i czarnego asfaltu.

Warto może przypomnieć rzeczy banalne, które znają i rozumieją dzieci już w szkole podstawowej. Co zawdzięczamy zieleni, krzewom i drzewom przy drogach? Zachowanie istotnych elementów struktury przyrodniczej w miastach i poza nimi, ograniczenie zanieczyszczeń pyłowych, gazowych i hałasu samochodowego, wzbogacenie krajobrazu, ograniczenie siły wiatru na drodze, redukcję temperatury i wytchnienie podczas upałów.

Pęd do modernizowania dróg kosztem zieleni nie jest, niestety, przypadłością tylko Wrocławia. Z podobnym dyktatem drogowców i kierowców w polityce miejskiej mamy do czynienia w całej Polsce. Zapomina się, że auto i drogi to narzędzia, a miasto i jego przestrzeń jest przede wszystkim dla ludzi i polityka winna bronić jakości i komfortu ich życia. Dotyczy to także w jeszcze szerszym zakresie polityki przestrzennej, podporządkowanej sprzedaży gruntów i przestrzeni miejskiej pod domy handlowe, markety, parkingi, stacje benzynowe itp. Wolny rynek pożera przestrzeń do życia milionów mieszkańców aglomeracji i miast Polski. Mamy więcej asfaltu i betonu, hałasu i zanieczyszczeń, a mniej zieleni, ciszy i czystości. Coraz częściej zielona przestrzeń naszych miast kurczy się do enklaw zieleni na balkonach. Wizja z jakiegoś czarnego snu? Nie, to wszystko władze lokalne robią w imię naszego dobra!

Radosław Gawlik, Zieloni 2004

 

Artykuł opublikowany w "Przeglądzie Komunalnym" nr 2/2009


 

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj