Pierwszy zarzut, jaki stawiam, to ten, że takie referendum jest motywowane politycznie, co rzutuje na kształt pytania i – jak należy się domyślać – na kształt całej kampanii referendalnej, która nie służyłaby rozmowie o klimacie, lecz byłaby festiwalem ogólników, populizmu i kłamstw. Hasła o „wyrzuceniu polityki klimatycznej do kosza” niczego nie wyjaśniają, a tworzą fałszywe przekonanie o jej szkodliwości dla społeczeństw Unii Europejskiej.

Pytanie jest tendencyjne

Pytanie prezydenckie brzmiało: „Czy jest Pan/Pani za realizacją unijnej polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?”. Równie dobrze można by zapytać, czy Polacy godzą się na podłączanie swoich domostw do wodociągów, obejmowanie każdego rodaka „przymusem odpadowym” czy zobowiązywanie do odbioru ścieków – przecież wszystkie one prowadzą „do wzrostu kosztów życia obywateli”.

Cała awantura, jak można się domyślić, toczy się wokół ETS2 i Europejskiego Zielonego Ładu. Pomijam już to, że w pierwszych szeregach protestu idą ci, którzy jako rządzący godzili się na nie i podpisywali stosowne porozumienia na forum unijnym. Sedno jednak tkwi w tym, czym są poszczególne elementy oprotestowanych strategii Unii Europejskiej – bo śmiem twierdzić, że awantura wokół nich dzieje się z powodu niewiedzy.

ETS2 to unijny system handlu uprawnieniami do emisji CO₂. Ma objąć przede wszystkim paliwa spalane w budynkach, transporcie drogowym oraz części małego przemysłu. Różni się tym od „zwykłego” ETS, że ten drugi obejmuje głównie duże źródła emisji: elektrownie, ciepłownie, energochłonny przemysł, część lotnictwa i transport morski (i obowiązki mają bezpośrednio instalacje i operatorzy, którzy realnie emitują CO₂). ETS2 jest natomiast systemem dla sektorów rozproszonych, głównie tych mniejszych emitentów, którzy nie są w klasycznym ETS. Tu obowiązek nie spada na właściciela domu czy kierowcę, tylko „wyżej” w łańcuchu – na dostawców paliw.

Oczywiście, oba systemy tworzą obawy, że drastyczne normy spowodują podniesienie kosztów energii u odbiorcy końcowego. To właśnie ETS2 może być mocniej odczuwalny przez obywateli, bo dotyka benzyny, diesla, gazu, oleju opałowego czy innych paliw używanych w budynkach i transporcie. Jednak w ramach systemu ETS2 jest przewidziany interwencjonizm Społecznego Funduszu Klimatycznego, który ma łagodzić skutki dla wrażliwych gospodarstw domowych i mikroprzedsiębiorstw – w formie dopłat i rekompensat.

Bez ładu i składu

Z kolei Europejski Zielony Ład to cała kompleksowa strategia neutralności klimatycznej Unii Europejskiej (do 2050 r.). W ramach Ładu zostały opracowane różne polityki wdrażające m.in. „zazielenienie” gospodarki, polityki oszczędzania energii zużywanej na ogrzewanie i chłodzenie w budynkach; strategię „Od pola do stołu”, wzmacniającą małe i średnie gospodarstwa rolne, ułatwiającą ograniczanie pestycydów; a także politykę ochrony ekosystemów i odbudowę przyrody (co jest cenne samo w sobie, ale także jest elementem ochrony zasobów wodnych i wzmocnienia zdrowego rolnictwa).

Na tle tych wszystkich, potencjalnie korzystnych dla Polski względów krzyki o odrzuceniu „polityki klimatycznej” brzmią jak ponury żart, namawiający do ograniczenia szans rozwojowych polskiego rolnictwa i innych sektorów gospodarki, pogorszenia naszego zdrowia i naturalnego wieloformatowego kapitału, jakim jest polska przyroda.

Na tym tle widać, że określenie „referendum klimatyczne” brzmi niewinnie, nawet demokratycznie, ale wszyscy wiemy – nawet prezydenccy urzędnicy – że byłoby to wygodne oskarżenie „Brukseli”, ekologów, naukowców, aktywistów albo bliżej nieokreślonych elit.

Tak źle postawione pytanie nie otwierałoby debaty, ale by ją zamknęło. I zostawiło obywateli z fałszywym wyborem: albo bezpieczeństwo ekonomiczne, albo ochrona klimatu. Tymczasem prawdziwe wyzwanie polega właśnie na tym, by te dwie sprawy połączyć. Takie referendum by nas od tego oddalało…