A więc jest termin – 1 lipca wchodzi w życie nowe Prawo wodne. Tylko jak mamy się do tego przygotować, skoro wciąż brakuje podstawowych danych rzutujących na nasze taryfy? Jeszcze w grudniu ubiegłego roku w felietonie na tych łamach pisałem, że wycofanie się przez rząd z nowego Prawa wodnego nie jest definitywne, że sprawa wróci w tym roku. I jak w przysłowiu – „co ma wisieć, nie utonie” – wróciła.

W projekcie ustawy Prawo wodne, zawieszonym na legislacyjnej stronie sejmowej (zastrzegam, że piszę ten tekst w pierwszych dniach maja), czytamy: Minister właściwy do spraw gospodarki wodnej określi, w drodze rozporządzenia, szczegółowe sposoby określania taryf. Brakuje zapisów o maksymalnych stawkach za 1 m³ pobieranej wody podziemnej i powierzchniowej. Ubiegłoroczny projekt zakładał opłaty na poziomie odpowiednio 6,8 gr i 4 gr za taki pobór. A przecież są to stawki bezpośrednio wpływające na nasze koszty. Pozostają więc szacunki, jeszcze mniej pewne niż te zeszłoroczne. O ile więcej będą więc płacić odbiorcy za 1 m³ wody? Według portalu wpmoney.pl, maksymalnie od 15 gr w miejscowościach do 50 tys. mieszkańców do 40 gr w większych miastach. Tymczasem, jak szacuje prezes Izby Gospodarczej „Wodociągi Polskie”, Dorota Jakuta, w wywiadzie dla PAP, średnio ludzie zapłacą za wodę o 2% więcej, co dla czteroosobowej rodziny oznacza 20 zł rocznie.

Gdyby te szacunki się potwierdziły, to nie byłoby żadnej tragedii. Ile bowiem ludzie płacą za prąd, ogrzewanie, paliwa? Zdecydowanie więcej i wzrost opłat za nie jest bardziej
odczuwalny niż za wodę. A jednak tamte podwyżki przyjmowane są przez opinię społeczną i dziennikarzy spokojnie, tymczasem niewielka podwyżka cen wody wywołuje często reakcje porównywalne z histerią lub wojenną paniką.

Dzieje się tak po części z naszej winy, bo nie tłumaczymy mechanizmów i skali zmiany taryf. Obudźmy się! Już dziś, mimo braku podstawowych danych, każda spółka powinna mieć przygotowany odpowiedni komunikat. Miejsca na dokładne liczby można pozostawić do uzupełnienia. Bo gdy zgłoszą się do nas dziennikarze, radni albo pojedynczy odbiorcy, nie możemy improwizować.

Naszą rolą jest tłumaczyć, z czego wynikają podwyżki, ale bez angażowania się w walkę polityczną, bo woda nie ma partyjnego koloru. A ta sprawa na pewno będzie przedmiotem politycznej walki.

Już sam wstęp do uzasadnienia wprowadzenia nowej ustawy nie napawa optymizmem. Otóż nowe przepisy rząd wprowadza w celu: m.in. powołania nowej jednostki – państwowej osoby prawnej Wody Polskie, której zadaniem będzie przejrzyste finansowanie inwestycji w gospodarce wodnej, a także sprawne pozyskiwanie środków finansowych na te inwestycje, w tym środków pozabudżetowych oraz uregulowanie kwestii administrowania wodami, w tym władztwo nad przypisanymi jednostkom administracyjnym wodami sprawowane w imieniu Skarbu Państwa. Wskazano więc na „przejrzyste finansowanie inwestycji” i „pozyskiwanie środków” na nie, ale nie ma ani słowa o taryfach dla ludności i kosztach działalności przedsiębiorstw wodociągowych. To my musimy wziąć na siebie ciężar tłumaczenia przyczyn i skutków nowych przepisów. Nie łudźmy się, że ludzie, a nawet dziennikarze (może poza kilkoma ze specjalistycznych mediów) przeczytają projekt liczący obecnie 509 stron!

Problemem jest też niebezpieczeństwo powstania kilkudziesięciu różnych taryf zamiast kilku obecnie obowiązujących. Dlatego nasi informatycy i służby finansowe powinny już ćwiczyć różne warianty, bo gdy nagle otrzymają nowe dane i kilka dni na ich wprowadzenie, to „popłyną”.

Warto też podkreślić, że nowe taryfy nie zaskoczą odbiorców. Ustawodawca założył bowiem, że wprowadzenie nowych opłat za usługi wodne nie może stanowić podstawy do zmiany taryf, o których mowa w przepisach ustawy z 7 czerwca 2001 r. o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i zbiorowym odprowadzaniu ścieków, określonych na rok 2017. Odbiorcy będą więc mieli kilka miesięcy ulgi. Biorąc pod uwagę możliwości elastycznej polityki taryfowej, być może najdotkliwsze podwyżki odczują dopiero w 2019 r.

Warto wreszcie zauważyć, że nowe przepisy tak naprawdę znacznie bardziej dotkną inne branże niż naszą. Tak więc inni mają gorzej. Nie jest to może eleganckie, ale, niestety, PR-owo skuteczne. Opłatami za pobór wody zostaną objęci m.in. rolnicy, energetycy, hodowcy ryb czy przedsiębiorcy wykorzystujący duże ilości wody do produkcji. To ich zaboli, bo to tej pory nie płacili nic – albo symbolicznie. A tak naprawdę zaboli to konsumentów i odbiorców, bo cudów nie ma.

Na koniec warto powtórzyć, że bez względu na to, co wpływa na podwyżki cen wody dla ludności, to ceny te nie mogą rosnąć w nieskończoność. W wielu gminach zbliżamy się już do granic akceptowania kosztów życia przez społeczeństwo. Mamy przewymiarowane sieci wodociągowe i kanalizacyjne, planowane na przeciętne dzienne zużycie wody przez jedną osobę na poziomie 200 litrów, a dziś maleje ono poniżej 100 litrów. Dalsze oszczędności wody grożą obniżeniem higieny ludności, a nam – zatykaniem kanalizacji, wzrostem kosztów oczyszczania ścieków oraz awariami. Ten trend trzeba jak najszybciej zatrzymać. I o tym też musimy głośno mówić.

Henryk Milcarz, prezes Wodociągów Kieleckich

Suszenie osadów ściekowych banner

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

1 Komentarz

Skomentuj