Opowiadamy dużo o tym, jak powinna wyglądać idealna przestrzeń do życia, rozmawiamy o dobrostanie i o tym, jak go osiągnąć. Piszemy artykuły na łamach specjalistycznych czasopism. I co? I można powiedzieć, że organizm miasta tego nie przyjmuje. Trochę jak z dietą prozdrowotną. Wszyscy wiedzą, że jest dobra dla zdrowia, ale i tak idziemy na „kebab”.

Wraca na pierwsze strony idea miasta 15-minutowego, jakby odkurzona i w nowym opakowaniu. Musimy sobie jednak zdawać sprawę z tego, że nie jest to pierwsza taka idea w Polsce. Istniało wiele pomysłów na miasto przyjazne mieszkańcom, czyli takie, w którym na rowerze lub pieszo można dotrzeć do prawie wszystkich miejsc niezbędnych w naszym codziennym życiu – i to w 15 minut od wyjścia z domu. Miasta ogrody, miasta zakłady. To już było. Było, bo mieliśmy planistykę na wysokim poziomie, a ludzie odpowiedzialni za miasto słuchali projektantów przestrzeni miejskiej i wiedzieli, że od ich widzimisię ważniejsza jest wiedza specjalistyczna. Ale cóż, przyszła „wolność” i mamy dobrobyt, a co za tym idzie… Polak na zagrodzie równy wojewodzie. I nikt mi nie będzie mówił, gdzie, co i jak mam budować! Przecież najważniejszy jest pieniądz. W naszym kraju brakuje setek tysięcy mieszkań, które muszą następnie kupić zagraniczne fundusze inwestycyjne pod wynajem lub żeby gdzieś ulokować pieniądze. W Warszawie są już osiedla, w których nie świeci się światło w oknach. Nikt tam nie mieszka…

Złoty cielec

Jest jeden element, dla którego z wielką pieczołowitością projektuje się przestrzeń miasta, i tu trzeba zwrócić „honor”, jeśli chodzi o zaangażowanie, projektantom i samorządowcom. 

To „złoty cielec” nas wszystkich, pod którego projektuje się przestrzeń, nierzadko pod szyldem dofinansowań unijnych w dziedzinie rewitalizacji czy ekomiasta. Przecież gdy już droga powstanie i minie okres ciągłości projektu, to się te buspasy zlikwiduje i zostanie wspaniała autostrada w centrum.

Ten nasz „złoty cielec” to samochód, dla którego oddamy każdy, nawet najmniejszy kawałek ziemi. Znam przypadek, gdy przeciwko miejskim urzędnikom, którzy posadzili rośliny w centrum miasta, likwidując przy tym kilka miejsc parkingowych, skierowano pisma o ściganie ich przez prokuraturę. Ten wniosek złożył… były lokalny polityk i samorządowiec. W obecnej rzeczywistości człowiek, rower czy drzewo nie mają szans na wygraną z tym fałszywym bożkiem, którym jest samochód. Idea miasta 15-minutowego w takiej jak obecnie świadomości społecznej i w trwających procesach miastotwórczych nie ma racji bytu.

Wspomniane problemy dotyczą głównie centrów miast i blokowisk. Jest jednak jeszcze jedna strefa, też miejska, która po transformacji rozwinęła się bardzo mocno, tworząc getta domów jednorodzinnych. To obszary często bezchodnikowe, niebezpieczne dla pieszych i pozbawione wszelkiego typu infrastruktury niezbędnej do zaspokojenia podstawowych potrzeb mieszkańców. W wielu miastach, takich jak Warszawa, na codzienne dojechanie do pracy, przedszkola, szkoły i powrót potrzebna jest godzina, a nawet więcej czasu, zarówno rano, jak i wieczorem. To wszystko w imię posiadania własnego, wymarzonego domku z ogrodem. Zaciągamy kredyty, a co gorsza, wychowujemy dzieci na tylnym siedzeniu SUV-a. Myślę, że właśnie dlatego rozpoczęło się ostatnio ciekawe zjawisko migracji ze strefy domów jednorodzinnych z powrotem do centrów miast. Ktoś zaczął zauważać, że 6 wyjazdów tygodniowo na zajęcia dodatkowe dla dzieci, garncarstwo czy portugalski albo wydanie 60 zł na taksówkę, żeby dojechać do baru na przysłowiowe piwo, nie są warte zobaczenia raz na jakiś czas „sarenki” za płotem. Ten powrót to dobre rozwiązanie wspierające idee miast przyjaznych.

Rozwój patodeweloperki

Ale czy społeczeństwo wie, co to jest miasto przyjazne? Co to jest miasto 15-minutowe? Czy może jednak ta tendencja przenoszenia...