Zaskoczyła nas koniunktura w drugiej dekadzie XXI w. Dla branży recyklingu była to szansa na rozwój po bardzo trudnym kryzysie z 2008 r. W poprzedniej perspektywie znaczna część środków unijnych została zainwestowana w branżę gospodarki odpadami, więc oddolnie zaczęła się kreować wyraźna zmiana podejścia do segregacji u źródła, co dało impuls dla branży recyklingu. Dziś można powiedzieć, że były to dobre czasy, choć wtedy wydawało się, że panowała niepewność.

Od 2018 r. analitycy wskazywali, że czas na kryzys. Gospodarka wydawała się przegrzana, a my przyzwyczailiśmy się do stałego wzrostu gospodarczego. Dla branży pierwszą destabilizacją okazało się zamknięcie rynku chińskiego na odpady z całego świata. W Polsce wpłynęło to na nadpodaż odpadów, a w konsekwencji największy medialny kryzys w naszej branży od lat. Skutki są dla nas niezapomniane – nagromadzenie odpadów i fala pożarów.

W 2020 r. wchodziliśmy z wielkim nadziejami – w końcu nowa dekada musiała przynieść nam same sukcesy. Kolejna perspektywa unijna, miliardowe inwestycje i miliardy z ROP. Z mocnym kacem patrzę na stare tytuły, zwiastujące zmiany w systemie odpowiedzialności producentów. 

Chyba nie doceniałem starego sposobu prowadzenia spraw i skuteczności tzw. kreciej roboty. Tu krecik, tam krecik, a czas leci. Jak widać, każdy sobie rzepkę skrobie, a namnażanie problemów jest bardzo skuteczną grą na czas. Trzeba przyznać, że są organizacje, które tak głośno krzyczą i mnożą problemy, że ludzie zaczynają wierzyć w to, że wprowadzenie ROP doprowadzi do zapaści koncernów zagranicznych w naszym kraju. Absurd.

Narracja tego, że ROP nie będzie instrumentem do pobudzenia rynku, tylko podatkiem, utrwala rząd w przekonaniu, że wprowadzającym zależy przede wszystkim na niepłaceniu podatków w Polsce. ROP zdecydowanie nie jest narzędziem napędzającym wysoką inflację. Jest metodą na egzekwowanie opłat, które wprowadzający powinni płacić, oraz systemem pozwalającym spełniać europejskie normy i standardy. Rząd nie powin...