Taryfy progresywne za wodę – postęp czy podstęp?
Czy w Polsce powinno się wprowadzić taryfy progresywne za wodę – im więcej zużyjesz, tym więcej płacisz? A jeśli tak, to w całym kraju czy w wybranych miastach, rejonach? Osobiście jestem sceptyczny i szukałbym innych rozwiązań.
Taryfy progresywne za wodę to już nie tylko teoretyczne rozważania. Taka propozycja znalazła się wśród trzech autopoprawek do projektu nowelizacji ustawy o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i zbiorowym odprowadzaniu ścieków, zgłoszonych w styczniu przez Ministerstwo Infrastruktury. Przypomnijmy, że po raz pierwszy projekt tej nowelizacji ujrzał światło dzienne rok wcześniej. Chociaż największe emocje wzbudza dyskusja, czy pozostawić w roli centralnego regulatora PGW Wody Polskie, czy oddać zatwierdzanie taryf samorządom, to również poprawka, o której piszę, wymaga analizy.
Pomysł taryf progresywnych z pozoru wydaje się prosty i społecznie uzasadniony. Do pewnej wielkości zużycia, na przykład 10 m3 miesięcznie na rodzinę, obowiązuje stała, stosunkowo niska cena, ale powyżej tego ceny za wodę i ścieki rosną drastycznie.
Jak podaje francuski portal wikiwater.fr, taki system obowiązuje w około 50 krajach na świecie, głównie cierpiących na niedostatki wody pitnej – m.in. w około 15 w Afryce i 10 w Ameryce Łacińskiej. W Europie taryfy progresywne są wprowadzane w ograniczonym zakresie. Na przykład we Francji i Hiszpanii o ich wprowadzeniu decydują samorządy. Wciąż jednak jest to rzadkość – na przykład we Francji na taryfy progresywne zdecydowało się tylko około 50 miejscowości, ostatnio Lyon i Dunkierka. W wielu miastach na świecie wprowadza się progresywne taryfy, ale rzadko na terenie całego kraju.
Czy jest więc o co się bić? Moim zdaniem, nie. Zobaczmy plusy i minusy takiego rozwiązania. Jak wynika z dotychczasowych doświadczeń, skutkiem wprowadzenia taryf progresywnych jest zmniejszenie zużycia wody, a co za tym idzie, znaczący spadek przychodów przedsiębiorstw wodociągowych. Tak jest zagranicą. My w Polsce mamy jeszcze inne doświadczenia. Nie chodzi tylko o przychody. Budowana przez dziesięciolecia sieć kanalizacyjna jest często przewymiarowana, projektowana ponad potrzeby. Taką sytuację mamy na przykład w aglomeracji kieleckiej, w której największa oczyszczalnia planowana była w latach 70. ubiegłego wieku na obsługę 350 tysięcy mieszkańców, a tych mieszkańców jest niecałe 200 tysięcy. Zmniejszające się systematycznie od lat 90. poprzedniego wieku przepływy ścieków, związane z nowoczesnymi technologiami, już są naszą bolączką. Coraz więcej musimy wydawać na udrażnianie sieci. Kolejne spadki nie są nam do niczego potrzebne, a w takiej sytuacji jest przecież wiele miast w Polsce.
Wręcz przeciwnie – bardziej potrzebujemy prostej zasady – więcej wody kupujesz, mniej płacisz, tak jak to się ma w wielu innych dziedzinach gospodarki. Mamy przecież koszty stałe, które niewiele się różnią w przeliczeniu na odbiorcę, bez względu na to, czy kupi on 10, czy 50 m3 wody.
Obawiam się również, że takie zróżnicowanie opłat wprowadzi pewną demoralizację w społeczeństwie. Z jednej strony „biednemu się należy”, a więc nie będzie miał bodźca do podnoszenia swoich aspiracji, na przykład przeprowadzki z bloku do własnego domu, gdzie zużycie wody na ogródek czy basen znacznie zwiększy koszty utrzymania. Dla całej gospodarki takie duszenie aktywności nie jest dobre. Po drugie – co podnoszą eksperci – w krajach z dużymi rodzinami, takich jak Indonezja, system ten krzywdzi właśnie rodziny. Czy w Polsce zależy nam na tym, aby jeszcze spadł i tak już krytycznie niski wskaźnik urodzeń? Z drugiej strony systemem progresywnym trudno sprawiedliwie zarządzać – wiele krajów nie radzi sobie z nieuzasadnionym nagradzaniem „bogatych” – wystarczy, że mają dwa domy i już płacą w obu niską gwarantowaną cenę.
Wszystko to piszę nie po to, aby tylko narzekać, czy z powodu jakiegoś braku wyczucia społecznego. Serce zawsze miałem po lewej stronie i tego nie ukrywałem. Są jednak lepsze i skuteczniejsze sposoby pomocy rodzinom w trudnej sytuacji życiowej, niepowodujące perturbacji dla przedsiębiorstw wodociągowych. Mam na myśli system dopłat, wzorowany na dodatkach mieszkaniowych i dodatkach energetycznych. Mamy przecież miejskie i gminne ośrodki pomocy rodzinom, do których obowiązków należy rozeznanie, kto i w jakiej formie takiej pomocy potrzebuje. Powinna być to pomoc celowana, na zasadzie dotacji np. do rachunku, właśnie do konkretnej ilości zużytej wody. Na pewno złym pomysłem, a wciąż realizowanym przez wiele gmin, jest dotowanie wody „jak leci”, czyli pomoc i tym najbardziej potrzebującym, i wszystkim pozostałym mieszkańcom.
W taryfach progresywnych „progres” niekoniecznie musi oznaczać „postęp”. Może być „podstępem”, który dotknie naszą branżę, a potrzebującym rodzinom wiele nie pomoże.
Henryk Milcarz
prezes Wodociągów Kieleckich