– Odkąd pamiętam, moi rodzice zabierali mnie do lasu, gdzie chodziliśmy podglądać ptaki. Pozwalali mi też trzymać w domu zwierzęta, a ponieważ byłem uczulony na sierść psa i kota, rodzice zgadzali się, bym trzymał różne „dziwne” zwierzęta, choć głównie były to ptaki. Mieliśmy więc w domu bociana w kuchni i sowę w pokoju – opowiada Adam Wajrak, tegoroczny laureat przyznawanej przez firmę Abrys Nagrody Pracy Organicznej w Ochronie Środowiska im. Wojciecha Dutki w kategorii „Dziennikarz”.

Całe twoje życie i praca obracają się wokół twojej pasji, czyli przyrody. Jak to się stało, że Adam Wajrak stał się twarzą dziennikarstwa, kojarzoną tak jednoznacznie z ochroną przyrody?

To trochę wynik przypadku. Zacznijmy jednak od tego, że od zawsze interesowałem się przyrodą. Odkąd pamiętam, moi rodzice zabierali mnie do lasu, gdzie chodziliśmy podglądać ptaki. Pozwalali mi też trzymać w domu zwierzęta, a ponieważ byłem uczulony na sierść psa i kota, rodzice zgadzali się, bym trzymał różne „dziwne” zwierzęta, choć głównie były to ptaki. Mieliśmy więc w domu bociana w kuchni i sowę w pokoju.

MTP 300 x 250

To, że zacząłem pracować jako dziennikarz, to był zupełny przypadek. Koleżanka z „Gazety Wyborczej”, Jola Wiszowata, która była przyjaciółką Jacka Kuronia, któregoś dnia szła przez podwórko, przy którym mieszkałem. Zobaczyła mnie i zagadnęła: „Cześć, co robisz?”. Ja na to, że nic. A ona: „To chodź do ‘Gazety’, zacznij pisać”. No to poszedłem i zacząłem pisać. Pisałem różne rzeczy, ale najbardziej lubiłem o tym, co mnie fascynowało, czyli o przyrodzie. Na początku to były bardzo ogólne teksty, np. o tym, co je orzeł bielik. Z czasem jednak poczułem, że trzeba pisać coś bardziej interwencyjnego i jakoś się zaangażować. Że nie można patrzeć, jak wokół ciebie coś ginie albo jest niszczone. Tak już zostało i trwa to od ponad 20 lat.

Takich spraw związanych z ochroną środowiska, w które warto się w Polsce zaangażować, nie brakuje. Co sprawia, że decydujesz się zabrać głos w takiej czy innej sprawie, np. w przypadku doliny Rospudy?

Akurat dolina Rospudy była przypadkiem niezwykle szczególnym. Wiem, że teraz przyjęło się już mówić, że jakaś sprawa jest drugą Rospudą, ale tego miejsca nie można z niczym porównywać. Jest niezwykłe, prawdopodobnie na zachód od Uralu nie ma drugich takich torfowisk. To trochę tak jakby znaleźć mamuta. Rospuda to jest żywa skamieniałość ekosystemu sprzed wielu tysięcy lat. Nigdzie indziej takie torfowiska nie ocalały, bo weszli ludzie z działalnością rolniczą.

Drugim czynnikiem, który zdecydował o moim zaangażowaniu w ochronę doliny Rospudy, była duża arogancja władzy w tej sprawie. Brak planowania, zastanowienia – te wszystkie choroby władzy skupiły się właśnie nad Rospudą. Warto też przypomnieć, że – mimo iż wszyscy kojarzą mnie z wielką akcją w sprawie ratowania Rospudy i przypinaniem się do drzewa w 2007 r. – tak naprawdę zajmowałem się tym tematem już od 1999 r. A organizacje ekologiczne robiły to jeszcze wcześniej.

Trzeba było więc czołówki w „Gazecie Wyborczej”, żeby te działania odniosły skutek?

Dziś wszyscy kojarzą Rospudę ze mną, a niesłusznie, bo to była świetna praca zespołowa. Oczywiście, jako dziennikarz miałem do wykonania pewną pracę propagandową i mam nadzieję, że dobrze się z niej wywiązałem. Dałem temu swoją twarz, ale za mną stała cała masa wspaniałych ludzi – prawników, przyrodników, przedstawiciel różnych NGO, inżynierów. To wszystko sprawiło, że Rospudę wygraliśmy. I to nie na drzewach czy w „Gazecie Wyborczej”, choć w jakimś sensie również, ale przede wszystkim w sądzie.

Na co dzień podglądasz przyrodę, a czy obserwujesz również to, co się dzieje w ochronie środowiska w Polsce – choćby w infrastrukturalnym wymiarze? Albo czy śledzisz przebieg rewolucji śmieciowej?

Oczywiście, że śledzę, bo osobiście mnie dotyka. U mnie na wsi selektywna zbiórka jest niesamowicie rozwinięta. Mamy pojemniki na sześć kategorii odpadów: popiół, papiery i tekstylia, szkło białe, szkło kolorowe, metal i plastiki oraz kartony po sokach. Zawsze byłem przyzwyczajony do trzech, czterech, a tu nagle dostajemy sześć worków. I bardzo dobrze. Widzę zresztą, że ludzie segregują śmieci i w lesie zmniejsza się ich ilość. Wśród znajomych rozpropagowałem też taką małą akcję pt. „Jedna wizyta, jeden śmieć”. Chodzi o to, by, będąc w lesie, nie przechodzić obojętnie obok odpadów, ale zabierać je ze sobą. To, czego mi brakuje w całej rewolucji śmieciowej w mojej gminie, to takich ogólnodostępnych pojemników dla osób, które np. przyjeżdżają do gminy Białowieża turystycznie, a takich gości nie brakuje. Oni gdzieś tam pozbywają się śmieci na kwaterach i chyba nie mają za bardzo możliwości ich segregować.

Czyli jest parę rzeczy do poprawienia.

Jest. Nie wiem też na przykład, czy poziom opłaty od mieszkańca jest u nas realny, bo jest bardzo niski i wynosi tylko 5 zł od osoby. Nie wiem, czy to wystarcza, by pokryć koszty zagospodarowania odpadów, chyba więc przetarg na odbiór odpadów z wyborem najniższej ceny nie był najlepszym rozwiązaniem.

Jak oceniasz poziom świadomości Polaków, jeśli chodzi o ochronę środowiska?

Zupełnie nie rozumiemy jako społeczeństwo np. zmian klimatycznych, nie wiemy, z czym to jeść. Nie wiemy, czy to zamach na nasz węgiel, czy inny diabeł. Energetycznie stoimy też w bardzo dużym rozkroku, podczas gdy nadeszła najwyższa pora, by postawić na energię odnawialną – i do tego rozproszoną, obywatelską. Tymczasem ustawa o OZE idzie w przeciwnym kierunku. Kolejną poważną sprawą jest planowanie przestrzenne, które odbija się czkawką wszędzie. W gospodarce ściekowej widzę za to dużą poprawę, choćby po swojej wsi, bo pamiętam, jak chodziłem na spacery z naszą wydrą. Kiedy wskakiwała do wody, to od razu widziałem, że ktoś spuścił do niej ścieki, bo wydra wyskakiwała z niej z plamami na futerku. Teraz mamy oczyszczalnię ścieków i zauważyłem, że nasza rzeka zamarza przy minus 15 stopniach, a wcześniej trzeba było minus 30, żeby zamarzła.

A czym jest dla ciebie ochrona środowiska, w twoim codziennym, domowym wydaniu?

Oj, poza wspomnianym segregowaniem śmieci nie jestem, niestety, zbyt konsekwentny… Żona mi wypomina, że mówię o zmianach klimatycznych, a nie oszczędzam światła. Przyznaję, że mam z tym problem. Udało mi się natomiast osiągnąć coś przy okazji planowania założenia panelu fotowoltaicznego. Przy takiej inwestycji robi się coś takiego jak bilans energetyczny. Zacząłem więc chodzić po domu i patrzeć na różne rzeczy pod kątem zużywania energii. Ostatecznie panelu nie założyłem, ale przynajmniej udało mi się znacząco obniżyć koszty. Mam natomiast panel słoneczny do ogrzewania wody – fenomenalne urządzenie, polecam każdemu.

Rozmawiał Lech Bojarski

Adam Wajrak – tegoroczny laureat przyznawanej przez firmę Abrys Nagrody Pracy Organicznej w Ochronie Środowiska im. Wojciecha Dutki w kategorii „Dziennikarz”. Nagrodzony podczas Gali Międzynarodowego Kongresu Ochrony Środowiska ENVICON autor wielu publikacji o tematyce przyrodniczej, w tym książek przeznaczonych dla najmłodszych jest dziennikarzem „Gazety Wyborczej”. Mieszka w lasach Białowieży, gdzie obserwuje i opisuje przyrodę w artykułach, książkach i materiałach dla telewizji. Koncentruje się w nich na pilnej potrzebie ochrony tego, co pozostało z naturalnego dziedzictwa.

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj