Ile odpadów medycznych powstaje w Polsce?

Dużo. Każdy z nas miał albo wcześniej czy później będzie miał kontakt ze szpitalem. Do tego populacja się starzeje, więc ilość odpadów medycznych rośnie. Dziś szacuje się ją w Polsce na około 80–90 tys. ton rocznie.

Szczególnie czas pandemii COVID-19 obnażył bardzo smutną prawdę: pokazał, jak bardzo nie byliśmy przygotowani na zagospodarowanie wszystkich odpadów medycznych, szczególnie tych, które powstawały w czasie pandemii. Wtedy ich ilość praktycznie się podwoiła.

Od tamtego czasu wiele się jednak zmieniło. Branża zrozumiała, że nie ma innej drogi niż rozbudowa infrastruktury i zwiększanie mocy przerobowych. Na papierze te moce wyglądają dziś dość dobrze, ale trzeba pamiętać, że część instalacji, które w swoich decyzjach mają możliwość unieszkodliwiania odpadów medycznych, zajmuje się również odpadami przemysłowymi.

 

Czy jesteśmy zatem gotowi, żeby je zagospodarować?

Gdybyśmy patrzyli wyłącznie na odpady medyczne, mocy przerobowych prawdopodobnie by wystarczyło. Problem polega jednak na tym, że w przemyśle powstaje także cała masa innych odpadów niebezpiecznych, które są unieszkodliwiane dokładnie w tej samej technologii. Dlatego cała infrastruktura wymagała rozbudowy.

Nam, jako firmie, która od ponad 30 lat zajmuje się zbieraniem i unieszkodliwianiem odpadów medycznych, udało się w okresie pocovidowym poprawić sytuację tej infrastruktury krytycznej. Zbudowaliśmy dwie instalacje: jedną w Kędzierzynie-Koźlu, w województwie opolskim, drugą w Redzikowie, w województwie pomorskim.

Nasze instalacje są wypełnieniem białych plam na mapie Polski – miejsc, w których brakowało odpowiedniej liczby instalacji i mocy do unieszkodliwiania takich odpadów. W województwie opolskim nie było wcześniej żadnej instalacji tego typu. W województwie pomorskim działała jedna, a my jesteśmy drugą, więc można powiedzieć, że ten region jest już zabezpieczony.

Nadal są jednak województwa, które takiego zabezpieczenia epidemicznego nie mają. To między innymi lubelskie i dolnośląskie. Wydawałoby się więc, że skoro na mapie wciąż są białe plamy, nic prostszego, jak je wypełnić i zrealizować obowiązki wynikające z przepisów.

Ustawodawca mówi bowiem, że odpady medyczne powinny być unieszkodliwiane na terenie województwa, w którym zostały wytworzone. W teorii wydaje się to proste.

 

A w praktyce?

W praktyce mamy do czynienia z bardzo dużą wrażliwością społeczną na tego typu procesy. Budowa takich instalacji należy do inwestycji szczególnie trudnych.

Każdy z nas – jak powiedziałem na początku – był albo będzie w szpitalu i każdy rozumie konieczność bezpiecznego zagospodarowania odpadów medycznych. Jednocześnie wiele osób zadaje pytanie: dlaczego u nas, a nie gdzie indziej? Zawsze jest jakieś „gdzie indziej” i zawsze jest jakieś „u nas”…

Proces budowy dwóch instalacji, o których wspomniałem wcześniej, udał się tylko dlatego, że od początku prowadziliśmy go w pełnej otwartości i komunikacji – przede wszystkim z samorządem i społecznością lokalną.

To były prawie dwa lata rozmów i dialogu, podczas których od samego początku mówiliśmy, co chcemy zrobić i dlaczego. Jednym z argumentów był brak wystarczających mocy przerobowych. Kolejnym – zabezpieczenie epidemiczne. Byliśmy wtedy tuż po COVID-19, więc sprzymierzeńcem była w pewnym sensie obawa ludzi przed tym, co się stanie, jeśli pandemia wróci.

 

Domyślam się jednak, że i tak musieliście bardzo się starać, żeby przekonać samorząd i mieszkańców do tych inwestycji.

W tym procesie bardzo pomogły nam wizyty studyjne w istniejących instalacjach, pokazywanie konkretnych przykładów i rozmowy – bardzo dużo rozmów. Uczestniczyliśmy w sesjach rady miasta, rady powiatu, spotkaniach z komitetami osiedlowymi. Od początku staraliśmy się pokazywać właściwe wzorce.

Już na etapie budowania społecznej przychylności prowadziliśmy otwarty dialog. Dobrze pokazuje to pewna sytuacja ze spotkania z mieszkańcami. Jeden z uczestników zapytał nas: „A co będziecie robić pod osłoną nocy, po ciemku, kiedy nie będzie widać?”. Wtedy odpowiedziałem: „Proszę pana, zapewniam pana, że w tej chwili dzwonię do projektanta i zmieniamy projekt. Szczyt budynku będzie całkowicie oszklony, żeby mógł pan przyjść nawet o północy i zobaczyć, co robimy”.

I tak właśnie się stało! Jeśli ktoś z czytelników będzie kiedyś w Kędzierzynie-Koźlu, można zobaczyć, że ta zmiana rzeczywiście jest efektem spotkania z mieszkańcami.

To jednak nie wszystko. W czasie tych dwóch lat rozmów zdałem sobie sprawę, jak wiele wciąż funkcjonuje uprzedzeń, obaw i wyobrażeń sprzed lat. Spalarnia wielu osobom kojarzyła się z obrazem diabła Boruty siedzącego przy piecu i grzebiącego w nim widłami; a to przecież zupełnie nie tak wygląda!

Postawiłem sobie za cel, żeby nasze instalacje były referencyjne. Od początku mówiliśmy mieszkańcom, że zorganizujemy w nich ścieżki edukacyjne dla dzieci i młodzieży. Chcieliśmy, aby mogły przyjść i zobaczyć, jak współczesny proces unieszkodliwiania odpadów odbywa się zgodnie z rygorystycznymi normami ochrony środowiska i przy zachowaniu wymaganych standardów bezpieczeństwa. Co więcej, z pożytkiem, bo z odpadów, które unieszkodliwiamy, odzyskujemy energię cieplną i elektryczną.

Kiedy złożyłem deklarację dotyczącą ścieżek edukacyjnych, jeden z przedstawicieli mediów powiedział: „Mojego dziecka tutaj na pewno państwo nie zobaczycie”. A ja pomyślałem wtedy: „Dobrze, pokażę panu redaktorowi, że można inaczej”.

I rzeczywiście tak się stało. Ścieżki edukacyjne w naszych instalacjach funkcjonują z powodzeniem, a dzieci i młodzież przyjeżdżają do nas w bezpiecznych warunkach. W Kędzierzynie-Koźlu mamy salę edukacyjną, w której odbywają się zajęcia szkolne. Po jednej stronie dzieci uczestniczą w lekcji, a za przeszkleniem dzieje się ta „magia” – odpady są zamieniane w energię.

Ogromną satysfakcję sprawiło mi to, że po uruchomieniu ścieżek edukacyjnych jedną z pierwszych klas była właśnie klasa dziecka tego dziennikarza, który wcześniej był bardzo sceptyczny wobec naszego pomysłu. Największą satysfakcję miałem wtedy, gdy podszedł do mnie i powiedział: „Panie Krzysztofie, miał pan rację”.

 

Mimo wszystko nie jest to raczej łatwy proces, a każdej tego typu budowie towarzyszą protesty.

Najważniejsze w tym wszystkim było zrozumienie, że każdą obietnicę, każdy element tej umowy społecznej trzeba później zrealizować; mimo że nie była to pisemna umowa, tylko spotkania i rozmowy. W tym procesie nie korzystaliśmy z żadnej agencji PR ani spin doktorów. Byłem ja, była Gosia, moja córka, byli ludzie, którzy ze mną pracują. Jesteśmy w tej branży od ponad 30 lat i, wychodząc do mieszkańców, mówiliśmy wprost: nie jesteśmy kimś, kto wyczuł interes i chce „zbić kokosy” na odpadach. My uzupełniamy brakującą infrastrukturę, co obserwowaliśmy, pracując przez ponad 30 lat w branży logistycznej.

Wcześniej współpracowaliśmy z instalacjami w całym kraju, a budując własną infrastrukturę w postaci dwóch zakładów, domknęliśmy swój proces. Myślę, że w tym tkwi część tajemnicy naszego sukcesu. A uważam, że to duży sukces, bo w Polsce po 1989 r. bardzo niewielu firmom udało się wybudować tego typu instalacje na greenfieldzie, czyli od zera; w miejscu, gdzie wcześniej nikt nie prowadził gospodarki odpadami. Nam udało się zrealizować dwie takie inwestycje, ale tylko dlatego, że prowadziliśmy ten proces naprawdę modelowo.

Dziś pracownicy tych instalacji są naszymi ambasadorami. To również była część tej niepisanej umowy społecznej – zatrudniamy ludzi z najbliższego sąsiedztwa. W komunikacji posługiwaliśmy się hasłem „EMKA – dobry sąsiad” i staramy się je realizować.

Najważniejsze jest jednak to, żeby każdą obietnicę dowieźć. Samorząd jest bardzo hermetycznym środowiskiem. Gdybyśmy w Kędzierzynie-Koźlu albo w Redzikowie nie dotrzymali którejkolwiek z obietnic albo zrobili coś inaczej, niż było ustalone, każde kolejne przedsięwzięcie realizowane we współpracy z samorządem byłoby dla nas praktycznie niemożliwe.

Nie ukrywam, że mamy kolejne plany. Wspominałem wcześniej o białych plamach na mapie i jako firma obecna w branży od prawie 30 lat chcielibyśmy je dalej wypełniać. To oczywiście zależy od skali wrażliwości społecznej i od tego, czy uda nam się skutecznie przekonać lokalne społeczności.

Nie ukrywam też, że znaczenie mają nakłady finansowe. Ekologia zawsze kosztowała, a dziś kosztuje bardzo dużo. To przedsięwzięcia warte kilkadziesiąt milionów złotych, dlatego cały czas obserwujemy fundusze strukturalne, które mogłyby nam pomóc w realizacji kolejnych inwestycji.

 

Jest zatem przestrzeń na rozwój w waszej branży?

Tak, choć przez kilka ostatnich lat sytuacja na rynku się odmieniła. Jeszcze podczas pandemii COVID-19 musieliśmy wywozić odpady medyczne do Szwecji, żeby system służby zdrowia się nie zatrzymał. Odpady były transportowane kontenerami. Nie muszę tłumaczyć, jak dużym przedsięwzięciem logistycznym to było, ale właśnie takie działania uchroniły system przed paraliżem. To były jedne z pierwszych decyzji dotyczących transgranicznego przemieszczania odpadów medycznych w Polsce. COVID-19 sprawił, że państwo zwróciło większą uwagę na ten sektor.

Oczywiście bardzo ważne jest, aby przepisy były stabilne, nie zmieniały się co chwilę i dawały dłuższą perspektywę działania. Uważam, że dziś mamy jeden z lepszych, a na pewno jeden z bardziej szczelnych systemów w Europie. Mówię tu o ustawodawstwie, które daje pewność bezpiecznego zagospodarowania odpadów.

Od kilku lat funkcjonuje system BDO, czyli baza danych o odpadach, w której odpady są rejestrowane od miejsca wytworzenia aż do miejsca unieszkodliwienia. Dzięki temu w naszym sektorze znacząco ograniczono szarą strefę. To ogromna wartość, bo nasze procesy, ze względu na technologię, są kosztowne. Termiczne przekształcanie odpadów medycznych jest mniej więcej dwa razy droższe niż konwencjonalne metody unieszkodliwiania odpadów komunalnych. To nie tylko koszty budowy instalacji, ale także bardzo wysokie koszty eksploatacji.

Im szczelniejszy będzie system, tym większą szansę na rozwój, rozbudowę i stabilne funkcjonowanie będą miały zakłady działające w obszarze unieszkodliwiania odpadów niebezpiecznych. Najgorsza sytuacja jest wtedy, gdy trzeba konkurować z szarą strefą. W przeszłości zdarzało się, że niektóre postępowania przetargowe były dla uczciwych firm praktycznie nieosiągalne, bo nieuczciwa konkurencja stosowała dumping cenowy. Na szczęście dziś zostało to w dużej mierze wyeliminowane.

 

Czy Polacy wiedzą, jak postępować z odpadami medycznymi?

Większość przedstawicieli systemu ochrony zdrowia na pewno już to wie, choć na przestrzeni lat nie zawsze tak było. To również wymagało z naszej strony budowania świadomości: jak powinno wyglądać pakowanie takich odpadów, jak je zabezpieczać i dlaczego ma to znaczenie.

W całym tym łańcuchu są przecież ludzie – nasi pracownicy, którzy na co dzień mają kontakt z workami i pojemnikami. Dlatego bardzo zależało nam na tym, aby wśród pracowników ochrony zdrowia budować świadomość właściwego pakowania odpadów, żeby nie narażać nikogo na niepotrzebne niebezpieczeństwo.

Jeśli chodzi o ogół społeczeństwa, to ze świadomością bywa różnie, dlatego podczas procesów inwestycyjnych podawałem prosty przykład. Kiedy ktoś mówił: „Mnie odpady medyczne nie interesują”, pytałem: „Dobrze, ale jeśli będzie pan w szpitalu, to co? Wychodząc ze szpitala, dostaje pan wypis, receptę i woreczek z tym, co pan wytworzył?”. Oczywiście tak nie jest. I to był moment refleksji.

Każdy z nas, przebywając w szpitalu, generuje średnio 2–3 kg odpadów medycznych dziennie. Chodzi o odpady oznaczone gwiazdką, czyli niebezpieczne, które powinny zostać w bezpieczny sposób unieszkodliwione.

Ta świadomość w społeczeństwie jest więc stopniowo budowana. Jedną z nowszych inicjatyw, którą jako firma z branży zainicjowaliśmy, jest program „Bezpieczny odpad”. To akcja edukacyjna pokazująca, jak ważne jest właściwe pakowanie i bezpieczny transport takich odpadów.

Żeby jeszcze bardziej to unaocznić, wprowadzamy w samorządach inicjatywę lekomatów. To rozwiązanie, które stworzyliśmy, aby ułatwić mieszkańcom bezpieczne postępowanie z tego typu odpadami – można powiedzieć, że działa trochę jak automat paczkowy. Ustawione w dobrych lokalizacjach w mieście urządzenia wydają dwa rodzaje pojemników: czerwony i niebieski.

Pojemnik czerwony jest przeznaczony dla gospodarstw domowych, w których powstają odpady związane z naruszeniem ciągłości tkanek. Chodzi na przykład o leki podawane w zastrzykach, w tym insulinę czy inne preparaty stosowane przez pacjentów w warunkach domowych. W niebieskich pojemnikach powinny znaleźć się np. pozostałości leków. To również odpad medyczny, tylko wytwarzany w domu.

Ludzie często nie wiedzą, co z nim zrobić, a raczej nikt nie jeździ z takimi odpadami do szpitala. Nasza inicjatywa ma sprawić, żeby odpady medyczne powstające w domach nie trafiały do odpadów zmieszanych, a potem do sortowni, gdzie mogą być zagrożeniem dla pracowników i powodować ryzyko zakłucia.

Taki odpad powinien zostać odłożony w domu do czerwonego pojemnika, a następnie zwrócony do lekomatu. My będziemy te odpady odbierać i przekazywać do bezpiecznego unieszkodliwienia.

To nasza nowa inicjatywa, bo EMKA nie żyje samą infrastrukturą. Staramy się też, w efekcie synergii, szukać rozwiązań problemów, które powstają wokół tego, czym zajmujemy się na co dzień.