Między offshore a onshore
Do krajowej sieci elektroenergetycznej wpłynął pierwszy prąd z polskiej elektrowni wiatrowej na morzu. Na przestrzeni kolejnych lat to źródło zyska wielkie znaczenie w rodzimym miksie energetycznym. Co to oznacza dla energetyki rozproszonej, która nadal boryka się z wieloma prawnymi barierami? Kamil Paczek zapytał o to Małgorzatę Szambelańczyk, prezes Zarządu w Eurowind Energy Polska.
Pierwszy prąd z polskiej instalacji offshore to przełom w transformacji energetycznej?
Polska potrzebuje więcej energii wytwarzanej ze źródeł zlokalizowanych w kraju, aby ograniczać zależność od importowanych paliw i wzmacniać bezpieczeństwo energetyczne. Nadal korzystamy z importowanego gazu i części paliw kopalnych, choć jednocześnie dysponujemy znaczącym potencjałem krajowych źródeł energii. W tym kontekście rozwój morskiej energetyki wiatrowej jest bardzo pozytywnym zjawiskiem.
Obowiązująca Polityka Energetyczna Polski do 2040 r. (PEP 2040), przyjęta przez Radę Ministrów 2 lutego 2021 r., zakładała osiągnięcie 5,9 GW mocy zainstalowanej w morskiej energetyce wiatrowej do 2030 r. oraz do ok. 11 GW do 2040 r.
Nowszy Krajowy Plan w dziedzinie Energii i Klimatu do 2030 r. z perspektywą do 2040 r., przyjęty przez Radę Ministrów w czerwcu 2026 r. i przekazany Komisji Europejskiej, podnosi ambicje dla offshore. Morska energetyka wiatrowa ma osiągnąć 5,9 GW do 2030 r. i do 18 GW do 2040 r., przy czym poziom 18 GW należy traktować jako cel z bardziej ambitnego scenariusza rozwoju.
Jednocześnie analizy Polskiego Instytutu Ekonomicznego szacują osiągalny potencjał na 11,8–16,1 GW do 2040 roku, co oznaczałoby 18–21% krajowej produkcji energii. Te liczby są osiągalne. Bałtyk dysponuje odpowiednim potencjałem wiatrowym, technologia jest dojrzała, a kapitał w branży dostępny. Cena energii z morskich farm wiatrowych jest wyższa niż z lądowej energetyki wiatrowej czy fotowoltaiki, ale przewaga skali projektów i większa stabilność źródła przemawiają za tym, aby kibicować kolejnym GW.
Czy paradoksalnie wielkie morskie farmy wiatrowe mogą być zagrożeniem dla energetyki rozproszonej? Przecież to duże źródło zlokalizowane na północy kraju, gdzie ma powstać też elektrownia jądrowa.
Energetyka wiatrowa lądowa i offshore to nie konkurenci walczący o tę samą przestrzeń w bilansie energetycznym. Pełnią różne funkcje: duże jednostki centralne zapewniają stabilność i przewidywalność dostaw, a małe i lokalne – elastyczność, odporność i zaangażowanie społeczne w transformację. Stabilny, zdekarbonizowany i demokratyczny system energetyczny wymaga obu tych elementów. Jednocześnie potrzebne są energia słoneczna, magazynowanie energii i odpowiednio rozwinięta infrastruktura przesyłowa. Z kolei gaz pełni dziś funkcję stabilizującą, ale nie powinien z paliwa przejściowego stać się paliwem docelowym. Elektrownia jądrowa również jest niezbędna w polskim miksie energetycznym – z perspektywy zarówno bezpieczeństwa, jak i dekarbonizacji.
W tej całej debacie nie można zapominać też o kosztach. W tym temacie energetyka lądowa zdecydowanie wygrywa z każdą inną. Biorąc pod uwagę zapewnienie obywatelowi najtańszej energii, państwo powinno stawiać właśnie na energetykę wiatrową na lądzie.
Wystarczy spojrzeć na fakt, że bez znaczącego wsparcia państwa żadna nowa elektrownia jądrowa nie zostałaby zbudowana. Farmy wiatrowe na morzu też są budowane dzięki uprzywilejowaniu tej technologii: są to dedykowane aukcje, bezpośrednie zaangażowanie spółek Skarbu Państwa, odrębna ustawa tworząca wspierające otoczenie legislacyjne, rezerwacja mocy przyłączeniowych na bardzo wczesnym etapie rozwoju projektu, inwestycje w system elektroenergetyczny w celu odbioru mocy i dystrybucji tej mocy na ogromne odległości. To nie zarzut, tylko stwierdzenie faktu; taka jest polityka energetyczna.
Warto mieć tę asymetrię wsparcia na uwadze, oceniając rzeczywistą konkurencyjność i ostateczną cenę prądu z poszczególnych technologii.
Czy rząd powinien dołożyć równie dużych starań, żeby rozwijać energetykę wiatrową na lądzie? Jak to zrobić?
Tak, rozwój lądowej energetyki wiatrowej powinien być istotnym elementem działań rządu na rzecz bezpieczeństwa energetycznego kraju. Poprzedni rząd w 2023 r. zliberalizował zasadę 10H, czyli przepisy określające minimalną odległość turbin wiatrowych od zabudowy mieszkalnej. Dzięki temu moja firma buduje dziś dwa parki wiatrowe, a trzy kolejne ubiegają się o kluczowe decyzje administracyjne.
Na pozytywne zmiany i realne wsparcie lądowej energetyki wiatrowej ze strony obecnego rządu branża wciąż jednak czeka. Co ważne, nie potrzebujemy żadnych spektakularnych ustaw. W pierwszej kolejności niezbędne jest ujednolicenie interpretacji ustawy z 2023 r. w zakresie sposobu wyliczania odległości 700 m między turbinami wiatrowymi a zabudową mieszkalną. W tym przypadku wystarczy dobra wola rządu, Ministerstwa Klimatu i Środowiska, GDOŚ oraz regionalnych dyrekcji ochrony środowiska. Zgłaszamy ten temat od początku kadencji obecnej władzy, niestety bez rezultatu.
Obserwujemy również nasilenie dezinformacji w społecznościach lokalnych. Jednym z najczęstszych mitów jest przekonanie, że energetyka wiatrowa powoduje wzrost cen prądu. Tymczasem dane pokazują, że w pierwszej połowie 2025 r. z nieprawdziwymi informacjami na temat energetyki mogło zetknąć się aż 5 mln polskich odbiorców, a według badań co piąty komunikat dotyczący energetyki pojawiający się w sieci może być dezinformacją. Edukacja energetyczna jest wspólną odpowiedzialnością branży i państwa. Naszym celem jest niezależność energetyczna, dlatego tak ważne jest budowanie świadomości społecznej w tym zakresie.
Coraz istotniejszą barierą staje się też stanowisko wojska. Od początku 2024 r. do końca maja 2026 r. siły zbrojne negatywnie zaopiniowały lokalizację 464 farm wiatrowych, czyli około 40% zgłoszeń, a w pierwszej połowie 2026 r. już 46%. Rozumiem argumenty dotyczące potrzeby zachowania przestrzeni do szkoleń, kolizji z korytarzami lotniczymi czy wskazywanego ryzyka wywiadowczego. Traktuję je jako priorytet bezdyskusyjny. Problem polega jednak na tym, że uzgodnienia działają dziś zero-jedynkowo, a nie jako narzędzie planowania. Inwestor dowiaduje się o kolizji dopiero po latach przygotowań. Potrzebujemy przejrzystych stref, publikowanych z wyprzedzeniem, oraz wczesnej koordynacji między MON-em a resortem klimatu. Warto też pamiętać, że rozproszenie źródeł, właściwe energetyce lądowej, samo w sobie zwiększa odporność systemu, a więc także bezpieczeństwo państwa. Bezpieczeństwo militarne i energetyczne trzeba planować razem od początku, a nie przeciwstawiać sobie na końcu procesu inwestycyjnego.
Lądowa energetyka wiatrowa ma trzy istotne przewagi. Pierwszą są koszt i czas. Wiatr lądowy wygrywa aukcje OZE w Polsce przy cenach 149–175 zł/MWh, a bez piętrzenia przeszkód administracyjnych od rozpoczęcia procedury pozwoleniowej do budowy wystarczyłoby około sześciu lat. Drugą przewagą jest rozproszenie geograficzne, które zmniejsza zależność systemu energetycznego od źródeł scentralizowanych. W dobie niepokoju o obronność kraju stawianie wyłącznie na źródła zlokalizowane w jednym albo kilku punktach nie wydaje się właściwym kierunkiem. Trzecią przewagą są lokalne korzyści ekonomiczne dla gmin i mieszkańców. Jeśli zostaną dobrze zaprojektowane, mogą stać się jednym z najskuteczniejszych narzędzi budowania akceptacji społecznej dla transformacji energetycznej.
Nie chodzi więc o wybór między offshore a onshore, czyli morską i lądową energetyką wiatrową. Polska potrzebuje obu tych filarów i powinna traktować je jako równorzędne priorytety, które nie muszą i nie powinny się wzajemnie kanibalizować.
Pierwszy prąd z Bałtyku to dobry sygnał. Transformacja energetyczna nie sprowadza się jednak do symbolicznych momentów. Składają się na nią tysiące decyzji regulacyjnych, inwestycyjnych i lokalnych, podejmowanych przez wiele lat. Teraz wszystko zależy od tego, co zrobimy z tym impulsem.