Zwlekałem z napisaniem tego tekstu z pewnej błahej przyczyny – te wakacje rozpoczęły się od niemiłosiernych upałów. W ostatnich dniach czerwca odnotowano nawet rekordowy upał – 40,5°C w Słubicach, a jeśli wierzyć ostrzeżeniom synoptyków, może zdarzyć się, że zanim ten tekst zostanie wydrukowany, rekord będzie nieaktualny. Naukowcy są zgodni jak mało kiedy: to spowodowane działalnością człowieka zmiany klimatu, które będą wiązały się z kolosalnym wpływem na ekosystem, nasz dobrobyt i bezpieczeństwo. Wysychają uprawy, ludzie dostają udarów; w takich warunkach nie jesteśmy w stanie wydajnie funkcjonować.

Co więc sądzić o komentarzach i setkach „lajków” w mediach społecznościowych, pisanych nawet przy 40 stopniach za oknem, dla wypowiedzi brzmiących mniej więcej: „zmiany klimatu to spisek”? Gdzie tu ludzka mądrość? Co by się stało, gdyby stado innych zwierząt nie posłuchało najmądrzejszych osobników grupie w świetle niepodważalnych dowodów o czającym się nieopodal niebezpieczeństwie? Wyobraźmy sobie grupę szczurów, która osiedli się w piecu w kotłowni, ignorując zapach spalenizny i sadzę na ścianach – oczywistym jest, że przecież się spalą. Tymczasem dowody na zmiany klimatyczne są równie jednoznaczne co osmolone ścianki pieca.

Została w nas wpojona (nie wiadomo, jak i dlaczego) tendencja do negowania faktów naukowych. Czy ktoś neguje, że liczba π wynosi ok. 3,141592 albo że woda wrze w stu stopniach Celsjusza? Dlaczego więc nie wierzymy, kiedy naukowiec mówi: „posadź za wszelką cenę rodzime drzewa w centrum miasta, bo dadzą najwięcej dobrego tobie i przyrodzie”? Dlaczego nie wierzymy, gdy mówią: „ocieplenie klimatu rozwija się z naszej winy”?

Coraz więcej ludzi wierzy za to w takie absurdy jak Chemitrails (czyli teorię spiskową, że samoloty zostawiają za sobą trujące opary), w to, że Ziemia jest płaska czy nawet w wyssaną z palca Wielką Lechię (to z kolei pseudohistoryczna teza, że na ziemiach polskich istniało kiedyś imperium mitycznych Lechitów).

Miary mądrości

Paradoksalnie im człowiek mądrzejszy, tym lepiej widzi, że próba kwantyfikacji mądrości poprzez IQ nie ma najmniejszego sensu. Można wszak świetnie rozwiązać zadanie matematyczne, niewiele wiedząc o świecie. Dużo lepiej mądrość opisuje teoria inteligencji wielorakiej. Dzieli ona inteligencję na kategorie, takie jak choćby inteligencja interpersonalna, matematyczna, a nawet muzyczna. Kolejną z kategorii jest inteligencja przyrodnicza; niestety mam wrażenie, że spośród wszystkich typów inteligencji jej przejawy w społeczeństwie obserwujemy najrzadziej.

Co więcej, nie jest to tylko moje wrażenie; mogę to obiektywnie ocenić jako nauczyciel. Przeciętni ludzie nie wiedzą nic o przyrodzie, są z niej wyrwani, a posiadania wiedzy przyrodniczej nie uznają za wartość.

Mam teorię, że to właśnie dlatego utraciliśmy zdolność rozumienia przyrody, bo proces produkcji żywności został zmechanizowany, a żywiący nas pierwotnie las został zastąpiony przez centrum handlowe. Istotne jest teraz, gdzie kupić przecenioną żywność, a niewątpliwie więcej osób w Polsce czyta gazetki promocyjne supermarketów niż podręczniki do ekologii. Gdybyśmy jednak mieli dostęp do tej wiedzy już jako ludy koczownicze, zbierackie? Każdy chciałby zostać ekologiem, bo to pomogłoby mu łatwiej zdobyć pokarm. „Dzikie rośliny jadalne” prof. Łuczaja stałyby się nową Biblią!

Mądrość potencjalna

A może powinniśmy spojrzeć na mądrość inaczej – nie poprzez uniwersalną dla wszystkich zwierząt i osób miarę o wspólnym punkcie odniesienia. Może bardziej miarodajne będzie nie to, jaki maksymalny potencjał jako gatunek mamy, tylko jak pojedynczy osobnik danego gatunku ten potencjał realizuje?

Weźmy tu za przykład wronę, która rzuca orzechy włoskie pod koła samochodów, by je rozłupać. Ta zdaje się przekroczyła swój potencjał intelektualny i zrobiła coś nowego dla wroniej kultury! Podobnie zresztą jak delfiny, które nauczyły się korzystać z chroniących ich głowę gąbek podczas zbierania pokarmu; robią sobie z nich swoiste czapeczki i uczą tego swoje potomstwo.

Przekroczeniem ludzkiego potencjału byłoby na pewno podważenie szczególnej teorii względności po głębokiej analizie naukowej i długich obliczeniach. Nie możemy mówić o takim zjawisku w momencie, gdy ustalenia naukowe przeciwstawiane są dowodom anegdotycznym, czego konsekwencje widoczne były ostatnio na naszych termometrach.

Rzadziej kosić to kosić mądrze

Podważaniem naukowych ustaleń jest także sprzeciw wobec ograniczeń koszenia trawników. Jakie korzyści płyną z takiego zabiegu? Ot, choćby zwiększenie retencji, obniżenie temperatury poprzez większą transpirację i rozproszenie promieni słonecznych, zmniejszenie ryzyka erozji, oczyszczanie powietrza, a nawet… poprawa wartości wizualnych. Świetny przykład prostego, obniżającego koszty działania, które przynosi wymierny efekt pozytywny.

Mimo tych naukowych pewników wciąż jest spora grupa osób mówiąca o tym, że taki nieskoszony trawnik to bałagan, niechlujstwo i siedlisko robaków. Szczególnym kuriozum była niedawna sytuacja dotycząca radnego w jednym z polskich miast. Otóż opublikował on kilka postów w mediach społecznościowych, krytykujących szeroką akcję celowego ograniczenia koszenia. Główną podstawą do krytyki było to, jakoby nieskoszona trawa miała stanowić zagrożenie w ruchu drogowym poprzez ograniczenie widoczności. Rzecz w tym, że niebawem pojawił się kolejny post – o pięknych różach posadzonych na rondzie jako przykładzie prawdziwej dbałości o przestrzeń publiczną. Zapytałem więc w komentarzu: dlaczego trawa zasłania widok, a róże wręcz przeciwnie? Nie uzyskałem na nie odpowiedzi.

Zastanawia jedynie głęboka niechęć do różnorodnych biologicznie fragmentów łąk, przedstawionych tu jako zła opozycja do różanego, wyhodowanego przez człowieka klombu. Jakby tylko przyroda okiełznana przez człowieka miała być dla niego bezpieczna…

Wiedza to podstawa zrozumienia

Tylko że już dawno tak nie jest. Jedynym uzasadnieniem dla strachu przed przyrodą jest jej niezrozumienie. Boskie moce przypisujemy piorunom, jednak to przekonanie z miejsca ulatuje, gdy tylko dowiemy się czegoś o elektryczności statycznej. Tak samo będziemy się bać bagna, dopóki nie poznamy jego ekosystemu, nie nazwiemy jego elementów, nie okiełznamy podłych moczarów terminami takimi jak torfowisko, asymilacja, retencja. Nie chodzi tu przecież o to, że każdy musi być specem od mokradeł, a o to, żeby znów zacząć szanować wiedzę. Żeby uwierzyć naukowcom, że bez przyrody jesteśmy jak drzewo wyrwane z lasu i posadzone w środku miasta.

Jak wygląda ono dziś? Usycha, żółknie i zwiesza liście na skutek upałów. Jest też dużo niższe niż w lesie i pełno na nim starych ran po parkujących samochodach oraz mniej lub bardziej właściwych cięciach. Na skutek naszej interwencji straciło mikoryzę i inne symbiozy, zamiast tego trafiło do dziury w betonie.

Odcinając się od przyrody, zamykamy się właśnie w takiej betonowej dziurze. Mamy jednak nogi, a drzewo nie. Skorzystajmy z nich, kierując się na łono przyrody, posłuchać, co nam mówi nasza wewnętrzna, prosta – może zwierzęca właśnie – mądrość. Sprawdźmy, co dają nam las, łąka, rzeka – są to bezpieczeństwo i najprostsze zasoby potrzebne do osiągnięcia spokoju: cisza, wiatr na twarzy i zapach wilgotnej ściółki w nozdrzach. To jest nasz ekosystem, nie klimatyzowane centrum handlowe.

I kto to rozumie, jest przynajmniej tak mądry jak zwierzę.

Dr Wojciech Zarzycki

Stowarzyszenie „Pluma Verde”