Człowiek ma tendencję do opisywania otaczającego go świata w klarownych kategoriach. Nie lubimy stanów pośrednich, wyjątków od reguł. Dzielimy więc architekturę na style, muzykę na gatunki, historię na epoki, szukając zawsze najbardziej charakterystycznych reprezentantów tych sztucznych kategorii. Tylko z przyrodą nie jest to już takie proste – brak w niej jasnych granic, są zwykle po prostu umowne. A jak to z umową bywa, może być różnie interpretowana. Język prawa wymaga jednak ostrych narzędzi i precyzyjnych definicji. Podczas próby zdefiniowania przyrody w naszym systemie prawnym pojawiły się biologiczne absurdy. Najgorsze jest jednak to, że prawne potworki stają się definicjami w znaczeniu codziennym, gdzie nie ma powodu sięgać po akty prawne.

Prawny przepis na drzewo

Każda polska ustawa powinna mieć gdzieś we wstępnej części zestaw definicji pojęć, które są używane w treści i nierzadko w powiązanych aktach prawnych. Zdefiniowane tam są nie tylko słowa, które ów akt wprowadza w życie poprzez swoją moc prawną, ale też wiele często na co dzień używanych terminów. Szerokim echem odbiło się choćby uznanie winniczka za rybę przez unijne prawodawstwo. W tym przypadku intuicja nakazuje ostrożność, każdy wie, że ślimak rybą nie jest. Większość nieścisłości w prawnych objaśnieniach różnic to jednak dziwne niuanse, łatwe do przeoczenia. Przyjrzyjmy się choćby definicji drzewa. Zgodnie z ustawą o ochronie przyrody, brzmi ona następująco: „drzewo – wiel...

Wykup dostęp do płatnych treści Portalu Komunalnego!

Chcesz mieć dostęp do materiałów Portalu Komunalnego Plus?