To, co dziś dzieje się w przestrzeni publicznej, nazywamy nowoczesnością i rozwojem. Nie będziemy już zatem zaściankowi. Jupi! Będziemy teraz betonowi! Dlatego też proces ten aktywiści miejscy nazwali „betonozą”. Najczęściej dotyka ona przestrzeni rynków miejskich, które rewitalizujemy.

Rewitalizacja to z definicji „przywracanie życia”. Przywracanie życia, czyli zabetonowywanie? Coś tu nie gra! Dlatego – patrząc na te procesy, często połączone z pseudokonsultacjami w celu spełnienia warunków UE – pozwoliłem sobie ukuć sformułowanie „rewitalizacja po polsku”. Zrobiłem to po to, aby nie mylić tego, co faktycznie jest definiowane jako rewitalizacja, z tym, co dzieje się u nas w kraju. W większości przypadków procesy te niosą unicestwienie przestrzeni pod kątem społecznym, wprowadzają wyspy ciepła, zwiększają ślad węglowy procesu inwestycyjnego oraz eksploatacyjnego, nie wspominając już o zubażaniu ekosystemu miasta. Pierwszymi ofiarami stają się drzewa – tak bardzo znienawidzona przez nas forma życia, element zielonej infrastruktury miasta.

Bo kiedyś ich nie było!

Projektanci rynków czy przestrzeni publicznych zapytani o to, dlaczego wycina się leciwe drzewa w procesie „rewitalizacji”, odpowiadają: bo konserwator zabytków napisał w wytycznych, że kiedyś tam drzew nie było! Ciekawe, że nie napisał w tych samych wytycznych, że kiedyś tam nie było też betonu, a nawet kamienia, i że zgodnie myślą: „Żeby było jak kiedyś”, należałoby zrobić mieszankę ziemnowodną, zwaną błotem, w której zatopimy się po łydki. Nie zapominając przy tym o krowich i końskich odchodach, które należałoby zebrać z okolicznych obór, aby uzyskać nawierzchnię o parametrach technicznych zbliżonych do tego, co było „kiedyś”.

Podążając za tą wspaniałą myślą konserwatorską, polemikę z architektami i konserwatorami należałoby rozszerzyć o elementy małej architektury. Zamienić je na takie z okorowanych bali. Zamiast miejsc parkingowych – przez które najczęściej znikają drzewa – wyznaczyć zagrodzone przestrzenie dla koni i przywrócić właściwą funkcję rynku z przed lat, zwłaszcza w małych miasteczkach, czyli handel bydłem rogatym, nierogacizną i drobiem oraz ewentualnie kotami łownymi.

Rozmarzyłem się! Latarnie znikają, nie ma katalogowych zunifikowanych mebli miejskich, nie ma instalacji kanalizacyjnej, tylko rynsztoki, a w przylegających kamienicach – w biurach, sklepach i mieszkaniach – znikają toalety. Pojawiają się, „jak kiedyś”, latryny i sławojki. Można też wylać wszystko bezpośrednio do wspomnianego wyżej rynsztoka. A, i jeszcze jedno! 

Gdy przypominam sobie te wszystkie filmy historyczne, które znam, jakoś nie kojarzę, aby w samym centrum rynku znajdowała się discopolowa fontanna z kolorowymi światełkami i melodyjką – a na taką zgodę wydaje ten sam konserwator, który skazuje drzewa na wycięcie, bo ich tam „kiedyś” nie było! Może jednak przydałaby się refleksja? Dlaczego akurat tylko drzewa traktuje się wyjątkowo?

Bo były chore!

Drzewa w „rewitalizowanych po polsku” przestrzeniach mają też tę przypadłość, że zaczynają chorować tuż przed rozpoczęciem procesów budowlanych. Rosną sobie kilkadziesiąt lat, są pielęgnowane, tworzą mikroklimat, przeciwdziałają wyspom ciepła, dają cień emerytom siedzącym na ławkach, którzy po przeprowadzonej rewitalizacji nie doczekają już zapewne zacienionych miejsc, i nagle przychodzi ona – myśl, idea – która porywa wszystkich w urzędzie. Myśli tej najczęściej towarzyszy informacja, że są pieniądze do wyjęcia z jakiegoś finansowanego przez UE projektu. Myśl się rozwija, zlecamy projekt, może konkurs, może przetarg. Pojawia się wizja architekta wsparta wytycznymi inwestora – żeby nie trzeba było liści sprzątać i żeby nie „barwiło” kostki! Oraz konserwatora. Jak wyżej.

Cza...