Park za rogiem nie oznacza jeszcze dostępu. Coraz więcej badań pokazuje, że miejska zieleń – choć formalnie wspólna – w praktyce rozkłada się nierówno. Różnice dotyczą nie tylko przestrzeni, ale też czasu, bezpieczeństwa i kultury użytkowania.
MP3Posłuchaj tego artykułu
Wykup subskrypcję, aby odsłuchać artykuł w formacie audio.
W debatach o zdrowiu publicznym, adaptacji do zmian klimatu i jakości życia w miastach coraz częściej pojawia się równość dostępu do miejskiej przyrody. Zaskakujące, że dyskusje te mają już naprawdę globalny charakter, czego przykładem są dwie całkiem niedawno opublikowane prace w młodym, aczkolwiek już prestiżowym piśmie naukowym, „Urban Sustainability”1, 2. Autorzy zwracają uwagę na takie zagadnienia, które są ważne z perspektywy zarządzania zielenią miejską, i na nie chcielibyśmy zwrócić szczególną uwagę.
Obszar nierówności
Parki, skwery, aleje drzew, ogrody społeczne czy nadrzeczne bulwary łatwo uznać za dobro wspólne, które służy wszystkim. W praktyce jednak korzyści płynące z kontaktu z naturą – poprawa samopoczucia, możliwość ruchu, ochłoda w upały, budowanie więzi sąsiedzkich – rozkładają się nierówno. Jedni mają park i cień drzew pod domem, inni muszą dojeżdżać przez miasto, a czasem rezygnują całkiem, bo koszt czasu, pieniędzy i stresu jest zbyt wysoki.
Najbardziej oczywista warstwa nierówności ma charakter przestrzenny. Dzielnice zamożniejsze częściej dysponują większą ilością zadbanej zieleni i lepszą infrastrukturą wokół niej: bezpiecznymi przejściami, ławkami, wodą pitną, oświetleniem czy wygodnym transportem. W dzielnicach uboższych zieleń bywa pofragmentowana, gorszej jakości albo sprowadzona do pasów trawnika między jezdniami. Do tego dochodzi wymiar czasu i zasobów: żeby skorzystać z parku, trzeba mieć wolne popoł...
Wykup dostęp do płatnych treści Portalu Komunalnego!
Chcesz mieć dostęp do materiałów Portalu Komunalnego Plus?