Co więcej, mój stan zadziwienia trwa już jakiś czas. Osiągnął jednak szczyt kilka dni temu. Gościłem wówczas u znajomego, który spod Warszawy przeniósł się do niewielkiej wioski tuż przy granicy z Białorusią. Okolica piękna, ale nastrój nostalgiczny, bowiem na wsi, w której kiedyś zamieszkane było ponad 100 domów, dziś pozostało już tylko 7 rodzin. Nie to mnie jednak dziwiło. Mam świadomość, że wyludnianie się terenów wiejskich jest problemem całej Europy. Nie dziwiły mnie też liczne śmieci porzucone w okolicznych lasach. Do tego już przywykłem. Zdumiałem się dopiero wtedy, gdy mój gospodarz pokazał mi las łęgowy. Łęg, który na życzenie jego sąsiadów został osuszony. I gdy opowiadał, że próbował powstrzymać lokalne władze oraz mieszkańców przed tym działaniem. Ostrzegał ich, że zaburzy to lokalne stosunki wodne. Nie pomogło. Prace wykonano. Ich konsekwencje były natychmiastowe – poziom wody w pobliskim stawie w ciągu roku obniżył się niemal o metr, obniżył się poziom wody w studniach. Tam, gdzie kiedyś jej nie brakowało, teraz jest sucho. Do dziś nie potrafię przestać się dziwić, że w kraju cierpiącym od 2011 roku na permanentną suszę letnią nadal osusza się tereny będące naturalnym zbiornikiem retencyjnym.

Suche pory roku

W zeszłym roku po lekkiej i bezśnieżnej zimie przyszły suche wiosna i lato (w styczniu 2025 wielkość opadów wyniosła 73% normy wieloletniej, w lutym 43%, w marcu 64%, w kwietniu 59%, w maju 88%, a w czerwcu 78%), czego konsekwencją była susza hydrologiczna na niemal całej powierzchni Polski. Dlatego gdy tej zimy spadł śnieg i utrzymał się do marca, wydawało się, że sytuacja się poprawi. Bardziej szczegółowe analizy pokazały jednak smutną prawdę – wielkość opadów od grudnia do lutego 2026 roku była o połowę mniejsza niż średnia wieloletnia, suchy był marzec (ok. 70% normy), także w kwietniu deszcze były rzadkością. Jeśli na te malejące opady nałożymy zmieniający się ich rozkład (spadek częstości deszczów drobnych – poniżej 10 mm/dobę – i wzrost częstości deszczów nawalnych i katastrofalnych – powyżej 70, a nawet 100 mm/dobę) oraz wzrost średniej temperatury (10 ostatnich lat to najcieplejszy okres w historii pomiarów), to jasne jest, że mamy z wodą problem. Dlatego tak ważne jest jej zatrzymywanie tam, gdzie opadła, i jak najdłuższe jej magazynowanie.

Retencja za darmo

Najwięcej wody w krajobrazie zatrzymują naturalne tereny podmokłe: torfowiska, bagna, młaki czy marsze. Las, zwłaszcza łęgowy, także jest naturalnym zbiornikiem retencyjnym, potrafiącym zmagazynować na jednym hektarze nawet do 5 tys. m3 wody. Większość z niej trafia z powrotem do atmosfery w wyniku transpiracji, ale duża jej ilość pozostaje w glebie, zasilając w wilgoć nie tylko sam las, ale także tereny z nim sąsiadujące. A infiltrująca w głąb profilu glebowego woda wzbogaca jej podziemne zasoby, co ma kluczowe znacznie dla bezpieczeństwa hydrologicznego. W pewnym uproszczeniu możemy więc powiedzieć, że to, że Polska jeszcze nie wyschła, zawdzięczamy temu, że nie osuszyliśmy wszystkich terenów podmokłych oraz dużej lesistości naszego kraju. Warto pamiętać, że naturalne systemy zatrzymują wodę za darmo. Dlatego, jeśli nie chcemy ponosić ogromnych kosztów i nie chcemy, aby poranne wiadomości zaczynały się od komunikatów o konieczności oszczędzania wody i ograniczeniach nakładanych na jej wykorzystanie, musimy chronić tereny podmokłe i łęgi, lasy i inne tereny naturalnej przyrody. Musimy dostrzec w naturze naszego sojusznika w ochronie przed suszą i brakiem wody. Sojusznika, bez wsparcia którego nie uda się zapobiec wysychaniu naszego kraju. Jeszcze możemy być mądrzy przed szkodą. Tego życzę Czytelniczkom i Czytelnikom, ale też sobie – mieszkańcowi tego regionu Polski, który już od tygodni nie widział ani jednej kropli deszczu.

prof. dr hab. Zbigniew Karaczun
Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego