Reklama

AD1A PZO 2026 [13.05-09.06.26]

Rośliny obce i inwazyjne w mieście – między bioróżnorodnością a estetyką

Rośliny obce i inwazyjne w mieście – między bioróżnorodnością a estetyką
Judyta Więcławska
08.09.2025, o godz. 12:00
czas czytania: około 10 minut
0

Rośliny obcego pochodzenia coraz śmielej wchodzą do naszych parków, lasów i ogrodów. Jedne zachwycają wyglądem, inne obiecują szybki zysk, ale wiele z nich może stać się zagrożeniem dla rodzimej przyrody i kosztować nas miliardy. Podczas konferencji „Mocno zielone miasto” w ramach 32. Targów Zieleń to Życie w Warszawie odbyła się debata pod hasłem „Rośliny obce i inwazyjne w mieście – zarządzać, eliminować, integrować?”.

Dalsza część tekstu znajduje się pod reklamą

Reklama

ad1b ECOMONDO [01.06-30.06.26]

W dyskusji na temat inwazyjnych roślin obcego pochodzenia udział wzięli przedstawiciele szkółkarstwa, nauki i praktyki – Piotr Banaszczak (Arboretum w Rogowie), dr Piotr Reda (SAK), Mikołaj Siemaszko (specjalista ds. IGO, społecznik), Bronisław Jan Szmit (Związek Szkółkarzy Polskich, Szkółka Szmit), dr hab. Ewa Zaraś (SGGW), Wojciech Grąbczewski (Związek Szkółkarzy Polskich, Szkółka Grąbczewscy).

Temat, choć kontrowersyjny, dawał przestrzeń do refleksji i argumentacji – jak budować bioróżnorodność w mieście, nie ignorując zagrożeń.

Kwestia definicji

Już na początku podkreślano, że samo rozróżnienie pomiędzy roślinami rodzimymi, obcymi, ekspansywnymi czy inwazyjnymi nie jest oczywiste. To wcale nie jest proste rozróżnienie – mówiła dr hab. Ewa Zaraś. – Weźmy choćby nasz „poczciwy” bez czarny. Dziś traktujemy go jako gatunek rodzimy, bo towarzyszy nam od dawna, ale w rzeczywistości nie pochodzi dokładnie z naszego terenu. – Gdzie więc postawić cezurę? Od ilu pokoleń możemy mówić, że dana roślina jest „nasza”? – pytała ekspertka. – Flora zmienia się w sposób ciągły. Gatunki znikają, inne się pojawiają, a za pięćset lat wiele z obecnych „obcych” będzie uchodziło za rodzime, bo przez stulecia staną się częścią naszego krajobrazu. Dlatego granica między rośliną rodzimą a obcą jest niezwykle płynna.

– Zanim zagłębimy się w szczegóły tej debaty, warto zadać sobie pytanie, jakie wartości są dla nas dziś najważniejsze – zauważył Wojciech Grąbczewski. W jego opinii mamy bowiem wyraźny spór: z jednej strony nurt fundamentalny, który broni rodzimości gatunków, a z drugiej – rynkową praktykę i rzeczywistość, w której funkcjonujemy. Żyjemy w świecie milionów ogrodów, parków, sztucznych ekosystemów, które projektujemy i utrzymujemy.

– Dlatego kluczowe pytanie brzmi: nie czy dana roślina jest rodzima czy obca, ale co właściwie chcemy chronić i rozwijać. Jakie wartości mają dla nas znaczenie? – kontynuował. – Klimat zmienia się szybciej, niż gatunki są w stanie się dostosować. Nie możemy więc liczyć wyłącznie na naturalną adaptację. Skoro nawet człowiek coraz trudniej znosi ekstremalne warunki, to tym bardziej rośliny rodzime nie poradzą sobie bez wsparcia.

– Warto więc zastanowić się, czy naprawdę popełniamy poważny błąd, dopuszczając do projektów gatunki nierodzime. Czy to faktycznie „grzech”, czy raczej konieczność wynikająca z nowych realiów? – zakończył, oddając głos innym specjalistom.

Inaczej to postrzega Mikołaj Siemaszko. – Gatunek rodzimy to taki, który sam przywędrował na dane terytorium, bez udziału człowieka. Gatunkiem obcym nazywamy ten, który został przez człowieka wprowadzony. Gatunki ekspansywne są zawsze rodzime – po prostu intensywnie się rozprzestrzeniają, jak choćby pokrzywa zwyczajna. Natomiast gatunki inwazyjne to gatunki obcego pochodzenia, które zagrażają rodzimym ekosystemom.

Koszty ekonomiczne i ekologiczne

– Trzeba też pamiętać, że granice „rodzimości” są względne – dany gatunek może być naturalny tylko w części kraju. Mamy przecież rośliny, które naturalnie występują zaledwie kilkadziesiąt kilometrów za naszą granicą – tłumaczył Siemaszko. – Jeżeli jednak przywędrują do nas w sposób naturalny, możemy mówić o nich jako o rodzimych. Inaczej jest, gdy zostaną sprowadzone przez człowieka. – Dlaczego to takie ważne? – pytał Siemaszko. – Bo rośliny sadzone w miastach nie pozostają w granicach administracyjnych, one „uciekają”. Przykładem jest bożodrzew gruczołowaty, niedawno wpisany na listę gatunków inwazyjnych – jeszcze do niedawna obecny w sprzedaży, dziś zakazany. To dowód, że miasta nie są odcięte od przyrody murem, a gatunki wprowadzane w przestrzeni miejskiej mogą realnie zagrozić ekosystemom naturalnym.

– Skala problemu jest ogromna – przypomniał Siemaszko. – Gatunki inwazyjne generują w Unii Europejskiej straty szacowane na 12 mld euro rocznie. Dlatego moim celem jako przyrodnika jest ochrona naturalnych ekosystemów, tak byśmy nie musieli wciąż zmagać się z zagrożeniami, które sami sprowadzamy do środowiska. – wskazał.

– Czuję na sobie pewne brzemię historii – mówił Piotr Banaszczak. Przez dziesięciolecia do polskich lasów i parków wprowadzano gatunki, które dziś okazują się potencjalnie inwazyjne. Samo ich rozprzestrzenianie nie wynikało wyłącznie z biologicznych predyspozycji, ale także z mód, wytycznych administracyjnych czy praktyk gospodarczych. W efekcie pojawiały się masowo i z czasem zaczęły dominować w ekosystemach.

– Wiele gatunków ma potencjał, by stać się inwazyjnymi – podkreślił. – Dziś w skali całego kraju taką rolę odgrywają m.in. czeremcha amerykańska czy dąb czerwony.

– Obecnie mamy nowy przykład – paulownię (oxytree). To gatunek, który został najpierw wprowadzony do uprawy, a dopiero później poddany badaniom. Okazało się, że posiada potencjał inwazyjny. Niestety, zanim to ustalono, roślina trafiła do oferty wielu podmiotów, często kierujących się przede wszystkim nadzieją na szybki zysk. Efekty widzimy już dziś – paulownia pojawia się w coraz większej liczbie miejsc – ocenił Banaszczak.

Według niego zanim dopuści się nowe gatunki do szerokiej uprawy, powinny być poddane wieloletnim testom – tak jak robi się to z gatunkami leśnymi, które bada się przez kilkadziesiąt lat, zanim zapadnie decyzja o ich przydatności. – Inaczej ryzykujemy powtórkę scenariusza, który znamy z Zachodniej Europy, gdzie wiele gatunków obcych całkowicie zmieniło lokalne ekosystemy. I to samo może wydarzyć się u nas za kilka czy kilkanaście lat – podsumował.

Wskazał też na przykład budlei Davida, która bywa coraz częściej spotykana u nas jako roślina ruderalna, ale już funkcjonuje na południu Europy w wielu miejscach. I to jest taki kolejny, nowy gatunek, który może być inwazyjny.

Dwie przestrzenie

– Myślę, że musimy wyraźnie rozróżnić dwie przestrzenie, w których funkcjonujemy – mówił Banaszczak. – Pierwsza to zbiorowiska naturalne, które z definicji powinniśmy chronić przed gatunkami obcymi i inwazyjnymi, dbając o to, by były jak najbardziej naturalne. Choć często jest to walka z góry przegrana, to właśnie tam powinny dominować gatunki rodzime lub te, które pojawiają się w wyniku naturalnej migracji.

– Druga przestrzeń to miasta, z zupełnie innymi kryteriami doboru roślin. W naturalnym ekosystemie drzewo jest częścią sieci powiązań: żywią się nim owady, stawonogi, ptaki – i dlatego bywa podziurawione, osłabione, wizualnie nieatrakcyjne. W mieście jednak mieszkańcy oczekują drzew zdrowych i estetycznych, wolnych od insektów i patogenów. Trudno więc połączyć obie filozofie, bo to, co w naturze jest oznaką różnorodności, w przestrzeni miejskiej bywa odbierane jako zaniedbanie.

– Dlatego w projektowaniu zieleni miejskiej często szukamy gatunków odpornych, niepowiązanych silnie z lokalnymi patogenami – podsumował.



Co sadzić?

Zdaniem dr Piotra Redy, warto na nowo zdefiniować cele, które stawiamy sobie w projektowaniu. Czym innym jest bowiem przyroda w obszarach zainwestowanych i zurbanizowanych, a czym innym w środowiskach mniej przekształconych. Ponad połowa ludności świata mieszka już w miastach i to właśnie one stały się dominującym miejscem życia człowieka. W takich warunkach bardzo trudno mówić o ochronie przyrody w jej pierwotnym kształcie.

– Oczywiście, trzeba nadal walczyć o te fragmenty ekosystemów, które są najmniej przekształcone i zachowały swoją naturalną wartość – to tam powinna koncentrować się ochrona – zaznaczył. – Natomiast w krajobrazie miejskim czy ogrodowym cele są inne i często wielowarstwowe. Widzimy dziś swoistą „modę” na wprowadzanie gatunków rodzimych, co jest odpowiedzią na wcześniejsze praktyki oparte na gatunkach obcych. Nie należy jednak wartościować tego jednoznacznie negatywnie – to po prostu kierunek, który można twórczo wykorzystać.

– W projektach staramy się stawiać na gatunki rodzime, ale rozumiane także jako najlepiej dostosowane do lokalnych warunków siedliskowych – tłumaczył. – Najlepsze projektowanie polega na tym, by uruchomić proces. Projektant powinien go zainicjować: zaprojektować układ, posadzić rośliny, stworzyć ramy dla siedliska. A potem pozwolić przyrodzie działać. To natura zdecyduje, które gatunki są najlepiej przystosowane do danego miejsca i klimatu, a my powinniśmy ten proces wspierać, nie hamować. – zaznaczył Reda.

– Stajemy się coraz bardziej świadomi i widzimy, że różnorodność oznacza odporność – podkreślała dr hab. Ewa Zaraś. – Jedno z podstawowych zasad permakultury mówi, że należy uważnie słuchać sygnałów, jakie wysyła natura. Dlatego niebezpieczne jest zbyt jednostronne podejście do doboru gatunków. Obserwuję choćby zjawisko „platanozy miejskiej” – masowych nasadzeń platanów. Ale co stanie się, gdy pojawi się szkodnik wyspecjalizowany właśnie w tym gatunku? Stracimy całe aleje. Gdybyśmy tworzyli bardziej zróżnicowane układy, część drzew przetrwałaby i zapewniła ciągłość zielonego szkieletu miasta.

– Musimy jednak pamiętać, że klimat zmienia się szybciej, niż rośliny są w stanie się dostosować. Modele pokazują, że już w 2050 r. zaczniemy obserwować poważne ubytki sosen, świerków, modrzewi czy brzóz – gatunków, które dziś trudno sobie wyobrazić poza polskim krajobrazem. Powód jest prosty: robi się dla nich za ciepło. Już teraz widać, jak sosny masowo zamierają, a za kilka dekad mogą stać się niemal reliktem – ostrzegała.

Dlatego w projektowaniu zieleni powinniśmy stawiać na mozaikę gatunków. Im większa różnorodność, tym większa odporność całego systemu. Nie chodzi o monokulturowe, „architektoniczne” kompozycje, lecz o świadome zestawienia, które poradzą sobie w zmieniającym się klimacie. – Tu się skoncentrowaliśmy głównie na drzewach, ale pamiętajmy, że oczywiście są jeszcze krzewy, byliny, nawet rośliny jednoroczne, więc  musimy z wielką rozwagą podchodzić do każdej rośliny, którą wprowadzamy. Wydaje mi się, że nie możemy przyjąć takiego twardego, zamkniętego stanowiska. – podsumowała Zaraś. 

Problem lokalny i masowe nasadzenia

– Stawiam tezę, że żadna z roślin, które dziś uznajemy za inwazyjne, nie „uciekła” przypadkiem z ogrodu czy szkółki – mówił Bronisław Szmit. – Przykładem jest klon jesionolistny. Do Polski trafił na początku XIX w. i przez blisko sto lat był rzadkością, spotykaną wyłącznie w ogrodach botanicznych i prywatnych kolekcjach. Dopiero gdy w latach 20. i 30. XX w. zaczęto sadzić go masowo wzdłuż dróg, osiągnął krytyczną liczebność i zdominował siedliska nadrzeczne, a później także inne stanowiska ruderalne. Podobnie było z czeremchą amerykańską czy dębem czerwonym – nie uciekły z ogrodów, lecz zostały wprowadzone do uprawy na szeroką skalę.

– Taki mechanizm widzimy również przy róży pomarszczonej, sadzonej masowo na wydmach nadmorskich, czy przy dereniu rozłogowym stosowanym lokalnie do umacniania skarp. W każdym przypadku o inwazyjności decydowała skala nasadzeń – tłumaczył. – Dlatego szczególnie niepokoi mnie paulownia. Jeśli sadzimy dziesiątki czy setki tysięcy egzemplarzy, w warunkach coraz cieplejszego i suchszego klimatu, istnieje ryzyko, że gatunek ten zacznie wymykać się spod kontroli.

– Jeśli chodzi o budleję Davida, w wielu krajach Europy Zachodniej stała się poważnym problemem, rozsiewając się w przestrzeni zurbanizowanej i zajmując ruderalne tereny. W Polsce jednak sytuacja wygląda inaczej – mówił Szmit. – Mamy przewagę, że budleja trafiła do uprawy stosunkowo późno, a większość dostępnych dziś w szkółkach odmian jest sterylna i nie produkuje nasion. To znacząco ogranicza jej potencjał inwazyjny. Poza tym nie jest to gatunek sadzony masowo, a jego liczebność – w porównaniu z milionami innych roślin w ogrodach – pozostaje niewielka. Dlatego w obecnych realiach nie grozi nam scenariusz znany z Wielkiej Brytanii czy Irlandii.

Wnioski i postulaty

Debata pokazała, że nie istnieje jedna prosta odpowiedź. Konieczne jest różnicowanie podejścia – inne w przypadku ochrony cennych ekosystemów naturalnych, inne w miastach. Eksperci zaakcentowali, że kluczowe są:

  • różnorodność gatunkowa i genetyczna – im bogatsze zbiorowiska, tym większa ich odporność,
  • ostrożność przy wprowadzaniu nowych gatunków – zanim staną się powszechnie stosowane, powinny być testowane w dłuższej perspektywie,
  • edukacja i współpraca – między naukowcami, szkółkarzami, projektantami i samorządami.

W dyskusję włączyła się także publiczność. – Mam postulat do członków Związku Szkółkarzy Polskich – rozpoczął Jakub Gardner (projektant). – Katalog roślin, który tworzycie, od dwudziestu lat jest dla mnie podstawowym źródłem wiedzy. To narzędzie o największym zasięgu w skali kraju, które zawsze polecam klientom, pasjonatom i projektantom ogrodów podczas szkoleń. Tego, czego mi w nim brakuje, to informacje praktyczne: czy dana roślina się rozsiewa, czy może być traktowana jako rodzima, czy ma potencjał inwazyjny. To wiedza, którą dziś zdobywam pytając szkółkarzy i doświadczonych ogrodników. A przecież można by wspólnymi siłami uzupełnić katalog o takie dane. – zauważył uczestnik konferencji. – Gdyby katalog dostępny był w wersji elektronicznej, z możliwością filtrowania roślin wg tych kryteriów, stałby się jeszcze bardziej użytecznym narzędziem dla całej branży – podsumował.

Jak podkreślali uczestnicy, temat roślin obcych i inwazyjnych jest nie tylko kwestią botaniczną, ale też społeczną, ekonomiczną i kulturową. Debata nie zakończyła sporu, ale unaoczniła, że przed branżą stoją poważne decyzje dotyczące kierunków rozwoju zieleni w miastach.

Od styczniowego numeru “Zieleni Miejskiej” Mikołaj Siemaszko prowadzi dział “Obcy w mieście”, w którym opisuje inwazyjne gatunki obce (roślin), wskazując na ich występowanie i sposoby ograniczania.

Konferencja odbyła się pod patronatem medialnym miesięcznika “Zieleń Miejska”. 

Udostępnij ten artykuł:

Komentarze (0)

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu. Bądź pierwszą osobą, która to zrobi.
Reklama

ad2 KGO kompleksowa 2026 [02.06.-02.09.26]

Dodaj komentarz

Możliwość komentowania dostępna jest tylko po zalogowaniu. Załóż konto lub zaloguj się aby móc pisać komentarze lub oceniać komentarze innych.
Reklama

AD1b odpady budowlane [25.04-09.06.26]

Te artykuły mogą Cię zainteresować

Przejdź do Zieleń miejska
css.php
Copyright © 2026