Zacznijmy od naszej kochanej kranówki. Od dziesięcioleci wodociągowcy walczą ze związanymi z wodą mitami, a te trzymają się mocno. Słyszymy, że woda jest za twarda i przez to niszczy ulubione przez Polaków ekspresy do kawy, czajniki i inne urządzenia. A przecież jest dokładnie odwrotnie – woda twarda, czyli z odpowiednią ilością jonów wapnia, magnezu, sodu i potasu, to najlepszy, najzdrowszy napój. Zamiast marudzić, powinniśmy się cieszyć, że mamy taką wodę w kranach. A na kamień są sposoby – urządzenia się odkamienia, a w ostateczności naprawia lub wymienia. Czy muszę kogoś przekonywać, że łatwiej jest naprawić lub wymienić ekspres do kawy niż ludzkie serce? A bez wspomnianych minerałów serce i inne ludzkie organy z czasem na pewno będą szwankować.

A skąd się bierze ta woda w naszych domach? Wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia, kiedy słyszę odpowiedź: „Z kranu”. Naprawdę – mówią to nie tylko przedszkolaki, ale też dorośli, wykształceni ludzie. To tak, jakby na pytanie, skąd ludzie mają pieniądze na zakupy i rachunki, odpowiedzieć: „Z bankomatu”. A przecież dostarczające wodę i oczyszczające ścieki przedsiębiorstwa wodociągowe to prawdziwe fabryki – nowoczesne, dysponujące skomplikowanym sprzętem i wyrafinowaną technologią. Zatrudniają unikalnych specjalistów. Woda sama z siebie to sobie płynie w górskich strumykach, a i tak przyrodnicy ostrzegają, żeby lepiej jej nie pić, bo i w niej mogą być groźne bakterie. Żeby zdrową wodę, pod odpowiednim ciśnieniem, dostarczyć setkom tysięcy, milionom odbiorców, to już zadanie trudne i złożone. Ludzie jednakowoż nie lubią trudnych i złożonych problemów, wolą proste odpowiedzi. Wolą mity.

Przejdźmy do samorządów. Wraca dyskusja, żeby znieść kadencyjność władz w samorządach, od wójta po prezydenta miasta. A całkiem niedawno ją wprowadziliśmy. Kiedy to robiliśmy, słyszałem całą masę stereotypów i powierzchownych opinii o kadencyjności. Jakby była lekarstwem na wszelkie zło, od korupcji po „lokalne kliki”. Jako doświadczony samorządowiec powiem wprost – mnie te argumenty nie przekonują. Jestem przeciwko kadencyjności, bo ma więcej wad niż zalet. Najprościej – jeśli samorządowiec się sprawdza, pozwólmy ludziom go wybierać tak długo, jak wyborcy chcą. A zwolennicy kadencyjności zachowują się tak, jakby świat zaczynał się na nowo od kolejnych wyborów i wszystko, co złe, znikało jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Tak przecież nie jest. Na kliki są inne lekarstwa. Pierwsze to silne, niezależne lokalne media. Słabną one każdego roku i co my z tym robimy? Nic. Nowa ustawa medialna, która miała zapewnić im systemowe wsparcie, wciąż jest nieuchwalona. Inne lekarstwo to wzmacnianie społeczeństwa obywatelskiego. Też nie idzie to dobrze, szczególnie w mniejszych społecznościach. Jest jeszcze korupcja. Kadencyjność wprowadzili już starożytni Rzymianie, uzasadniając to właśnie ograniczaniem korupcji. Ale przecież i na zwalczanie korupcji są inne metody, tylko musi być sprawny aparat państwowy i skuteczne sądownictwo. A jak sądownictwo wygląda w Polsce? Szkoda gadać… Tak więc, zamiast zajmować się leczeniem przyczyn, proponujemy puder na ropiejącą ranę w postaci kadencyjności. Kadencyjność to kolejny mit, którego mam już dość!

No i konkursy na urzędnicze stanowiska. Mój „ulubiony” stereotyp z nimi związany jest taki – nie róbmy konkursów, to tylko pozór, są i tak ustawione, szkoda czasu i pieniędzy. Nie zgadzam się z takim podejściem. Po pierwsze, nie każdy konkurs jest nieuczciwy i nie możemy z góry zakładać złą wolę organizatorów. Ale nawet jeśli podejrzewamy, że taki jest, to i tak konkurs ma wielką zaletę. Jest nią jawność. Dzięki konkursowi opinia publiczna ma okazję poznać kandydatów, ich doświadczenie, wykształcenie, przygotowanie. To wartość bezcenna dla społeczności, ale również dla władzy, jeśli jest uczciwa.

Niech więc „wiecznie żywe” mity spoczną wreszcie na cmentarzu, bo są szkodliwe i zwyczajnie mam już ich dość.

Henryk Milcarz
prezes Wodociągów Kieleckich