Z samorządowcami pozostawaliśmy w kontakcie jeszcze przed wybuchem wojny, a od jej początku ściśle współpracujemy. I to właśnie współpraca jest kluczem do zarządzania tym kryzysem – mówi w wywiadzie dla PAP wojewoda podkarpacki Ewa Leniart.

PAP: Od początku wojny na Ukrainie minął już ponad miesiąc. Jak pani wspomina pierwsze dni tego konfliktu? Jakie decyzje, które pani podejmowała w tych dniach, były najważniejsze i kluczowe?

Ewa Leniart: Kilka ostatnich dni przed wybuchem wojny było, niestety, czasem nerwowego wyczekiwania na rozpoczęcie rosyjskiej agresji. Choć scenariusz działań zbrojnych tak blisko naszych domów zdawał się być czymś zupełnie nierealnym, to informacje, którymi dysponowaliśmy nie pozostawiały złudzeń. Dlatego już wiele tygodni wcześniej pracowaliśmy nad przygotowaniem planu opartego na funkcjonowaniu punktów recepcyjnych, a pozostali wojewodowie budowali bazę miejsc pobytu czasowego dla uchodźców. Wszystkie służby postawione były w stan najwyższej gotowości. Zagadką wciąż pozostawała skala kryzysu, z jakim przyjdzie nam się mierzyć.

Rankiem 24 lutego, kiedy na Ukrainę spadły pierwsze bomby, wydałam polecenie uruchomienia punktów recepcyjnych. Popołudniem pojawili się w nich uchodźcy, a już po kilkunastu godzinach wiedziałam, że wyzwaniem będzie przekonanie tych ludzi – głównie kobiet z dziećmi – do podróży w głąb naszego kraju. To wtedy podjęłam decyzję o zaproszeniu do współpracy Związku Ukraińców w Polsce. Dzięki ich znajomości języka i bliskości kulturowej, realizacja tego przedsięwzięcia stała się możliwa. Do dziś współpracujemy, za co jestem im ogromnie wdzięczna.

Kolejnym ważnym punktem w kalendarzu naszych działań, była intensyfikacja współpracy z ministrem infrastruktury oraz spółkami kolejowymi. Zwiększenie liczby połączeń i uruchomienie nowych kierunków, umożliwiło nam zachowanie ciągłości ruchu migracyjnego. Ogromne wsparcie Państwowej Straży Pożarnej, nie tylko na odcinku logistyki, było dopełnieniem tego zadania. Z perspektywy zachowania recepcyjnego charakteru regionu to kluczowe przedsięwzięcie. Dziś, choć minął już miesiąc od wybuchu wojny, wszystkie służby nieprzerwanie realizują powierzone im zadania. Dbają o nasze bezpieczeństwo, ale dbają także o bezpieczeństwo uchodźców, którzy liczą na sąsiedzką dobroć. Cieszę się, że tę dobroć możemy okazać.

Czy w pani ocenie, dotychczasowa strategia rządu, która zakłada, że Podkarpacie jest regionem recepcyjnym, z biegiem czasu się zmieni?

EL: Nie mogę wykluczyć żadnego scenariusza. Z jednej strony od kilkunastu dni obserwujemy zmniejszenie liczby napływających do Polski uchodźców, z drugiej mamy dostęp do wiedzy, z której wynika, że może nas jeszcze czekać podobne wyzwanie. Stale kontaktuję się z Maksymem Kozickim – przewodniczącym Lwowskiej Administracji Obwodowej, który przekazuje nam informacje o ruchu migracyjnym wewnątrz Ukrainy. Z jego raportów wynika, że tylko w samym Lwowie przebywa kilkaset tysięcy osób ze wschodniej części kraju. W przypadku zaostrzenia konfliktu albo, co gorsza, jego eskalacji przy naszej granicy, możemy spodziewać się exodusu podobnych rozmiarów. Wciąż zatem realizujemy założenia rządu, przygotowując się jednocześnie do udostępnienia bazy miejsc pobytu czasowego, gdyby taka potrzeba wystąpiła także na Podkarpaciu.

Czy punkty recepcyjne spełniły swoje zadania w tym pierwszym etapie wojny?

EL: Pamiętam relacje przedstawiające napływ uchodźców na wyspę Lesbos. W głowie utkwiły mi obrazy tysięcy namiotów i dziesiątek tysięcy osób koczujących na tym niewielkim skrawku greckiej ziemi. Ówczesny kryzys był izolowany do niewielkiego obszaru. Powstały tam rozległe obozowiska, które przez wiele miesięcy służyły jako jedyne miejsce pobytu uchodźców, całkowicie zmieniając życia mieszkańców tej wyspy.

Właśnie takiego scenariusza polski rząd bardzo chciał uniknąć. Dlatego wdrożyliśmy system relokacji obywateli Ukrainy. To Podkarpacie i Lubelszczyzna były regionami kontaktowymi – i gdyby nie udało się utrzymać płynności ruchu – musielibyśmy zmierzyć się z podobnym wyzwaniem, jakie przed kilku laty stanęło przed Grekami. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że ta relokacja nie jest tak równomierna, jakbyśmy sobie tego życzyli. Ukraińcy nie zawsze chcą podróżować do mniejszych miejscowości. Są to często mieszkańcy dużych miast, wykształceni i wykwalifikowani, chcący wiązać swoją przyszłość z większymi ośrodkami. Jest to wyzwanie, któremu teraz stawiamy czoła.

Część samorządowców ma pewne zastrzeżenia do działań rządu w organizacji pomocy uchodźcom. Uważają, że rząd zbyt późno włączył się w pomoc uchodźcom. Jak odniesie się pani do tych zarzutów?

EL: Z perspektywy Podkarpacia trudno mi się do nich odnieść, bo z samorządowcami pozostawaliśmy w kontakcie jeszcze przed wybuchem wojny, a od jej początku ściśle współpracujemy. I to właśnie współpraca jest kluczem do zarządzania tym kryzysem. Gminy przygraniczne stały się buforem przyjmującym uchodźców. To ogromna odpowiedzialność, z której doskonale zdajemy sobie sprawę. Co ważne, także samorządy rozumieją swoje zadania i rozumieją, jaką misję do spełnienia ma nasz region. Oferujemy im pełne wsparcie finansowe, materiałowe i kadrowe. Niezmiennie zarządzamy ruchem migracyjnym w ten sposób, by ułatwić opiekę w punktach recepcyjnych. Wojewódzkie Centrum Zarządzania Kryzysowego dostępne jest dla nich 24 godziny na dobę. Skala kryzysu jest ogromna i pojawiają się różne problemy, ale rozwiązujemy je wspólnie.

A jak pani oceni współpracę samorządów z urzędem wojewódzkim? Czy były na tej linii jakieś nieporozumienia?

EL: Nasza współpraca z samorządami Podkarpacia jest bardzo dobra. Na pewno każdy z samorządowców stoi przed nieco innym zadaniem, dysponuje inną infrastrukturą i spotyka różne problemy. Nasz plan wsparcia jest ogólny i musimy dostosowywać się do wymagań chwili, czy do specyfiki danego miejsca. To w sytuacji kryzysowej, w jakiej znajdujemy się już od ponad miesiąca, jest normalne. Celem rządu i samorządów jest skuteczne zarządzanie tym kryzysem. I tak jak już powiedziałam, musimy to zrobić wspólnie.

Muszę także dodać, że w nasze działania od początku wojny zaangażował się samorząd województwa podkarpackiego, m.in. w zakresie koordynacji pociągów regionalnych oraz udzielając znaczącego wsparcia w dystrybucji pomocy humanitarnej.

Ile do tej pory pieniędzy trafiło do podkarpackich samorządów na pomoc dla uchodźców?

EL: To już blisko 10 mln zł, które przekazaliśmy na działania związane z organizacją punktów recepcyjnych. Ta kwota zawiera także środki przeznaczone na organizację transportu, zabezpieczenie opieki medycznej oraz wsparcia psychologicznego. Do urzędu wojewódzkiego natomiast spływają już wnioski od pozostałych samorządów, które we własnym zakresie postanowiły zaopatrzyć uchodźców. W tym wypadku mowa jest o środkach z Funduszu Pomocy, który został przewidziany w ustawie o pomocy obywatelom Ukrainy.

A jakie potrzeby zgłaszają do urzędu wojewódzkiego samorządy przygraniczne? Czy potrzebne są im tylko pieniądze? Jaka pomoc materialna została im przekazana?

EL: Wsparcie ze strony administracji rządowej to nie tylko pieniądze. Od początku wiadomo było, że zasoby kadrowe po upływie pewnego czasu będą się kurczyć. W pierwszych dniach wojny, w punktach recepcyjnych oraz na przejściach granicznych pojawiły się setki wolontariuszy. To pospolite ruszenie, choć cenne, nie mogło trwać nieskończenie.

Pamiętam rozmowę z Wysokim Komisarzem ONZ ds. Uchodźców Filippo Grandim, który podczas naszego spotkania w Medyce pytał mnie, na jak długo starczy oddolnego zapału. Komisarz w czasie kilku ostatnich dekad był świadkiem wielu wojen i wywołanych przez nie kryzysów. Z przekonaniem mówił o tym, że bez systemowych rozwiązań nie ma możliwości zarządzania takim kryzysem. Ja tę opinię podzielam. Dlatego planowaliśmy system w oparciu o służby administracji państwowej. Ogromna w tym rola żołnierzy WOT i funkcjonariuszy PSP, którzy od 24 lutego nieprzerwanie stanowią wsparcie dla samorządów oraz trzon działań podejmowanych przez rząd.

Z radością mogę jednak potwierdzić, że w punktach i na przejściach wciąż pracują wolontariusze. Są to zarówno ci, którzy pojawili się indywidualnie, ale także zrzeszeni w organizacjach takich jak Caritas, PCK, Związek Ukraińców w Polsce oraz wielu innych. Od samego początku założyłam współpracę z trzema kluczowymi wolontariatami, które od pierwszych godzin tego exodusu były wraz z służbami państwowymi na posterunku. Te grupy stanowią ogromne wsparcie w zakresie zapewnienia aprowizacji, niesienia pomocy medycznej oraz tłumaczenia i wspierania logistyki ruchu migracyjnego.

Natomiast jeśli chodzi o pomoc materialną, to była ona kompleksowa. Samorządy otrzymały pełne wyposażenie współprowadzonych przez nie punktów. Do naszego regionu trafiły tysiące łóżek, koców, poduszek z Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych. Straż Pożarna doposażyła przejścia i punkty w dziesiątki ogrzewanych namiotów. Do samorządów dostarczane były agregaty i inny potrzebny sprzęt. Wiemy, że na tym nie koniec. Natomiast jesteśmy gotowi do tego, by udzielić wszelkiego wsparcia.

Jak ocenia pani zachowanie Polaków, mieszkańców Podkarpacia, którzy tak chętnie pomagają uchodźcom? Czy spodziewała się pani takiego odzewu?

EL: Nie miałam wątpliwości, że jesteśmy społeczeństwem gościnnym. Natomiast do dziś pozostaję pod wrażeniem tego, jak zachowali się Polacy od pierwszego dnia wojny. Mówiłam już o wolontariuszach pracujących ramię w ramię z funkcjonariuszami służb. Muszę wspomnieć również o tysiącach moich rodaków, którzy otworzyli drzwi swoich domów dla ukraińskich rodzin.

Wpłacamy pieniądze, wysyłamy dary, angażujemy się w taki czy inny sposób. Mam zatem wrażenie, że Ukrainie pomaga cały naród. Myślę, że wynika to ze wspólnych doświadczeń związanych z wojną i ucieczką. Nasza pamięć narodowa wypełniona jest okrucieństwami, jakich dopuszczała się armia czerwona. Dziś – z tą różnicą, że pod trójkolorowym sztandarem – rosyjscy żołnierze w podobny sposób próbują złamać ukraińskiego ducha. Polacy znają te metody aż za dobrze. Dlatego okazanie solidarności w obliczu takiego zła jest dla nas czymś naturalnym.

 

Czytaj więcej

Skomentuj