Po ponad miesiącu od początku katastrofy ekologicznej nadal nie wiemy, co było jej bezpośrednią przyczyną. Wśród fachowców budzi to trwogę bodaj jeszcze większą niż sam fakt, że tragedia się wydarzyła. Bo nie dość, że nie potrafiliśmy zapobiec zatruciu rzeki, to na dodatek nie mamy najmniejszej wiedzy o środkach, które należałoby podjąć, by katastrofom zapobiegać w przyszłości. Tę pracę należy podjąć od podstaw.

Z dotychczasowych ustaleń rządu, potwierdzonych badaniami zagranicznymi, wynika, że nie było jednej konkretnej przyczyny katastrofy. Skłaniać się zatem można do hipotezy wieloprzyczynowości, spotęgowanej niskim stanem wód. – Splot niekorzystnych czynników może powtarzać się także w przyszłości. Odpowiedź na to wymaga redukcji znaczenia każdego z nich. 

To przekłada się na konieczność powołania sprawnego aparatu, który jednocześnie prowadziłby monitoring sytuacji, a gdy to potrzebne, wprowadzałby zarządzanie kryzysowe. Tego wszystkiego nie mamy – mówi Marian Żuber, ekspert Katedry Kształtowania i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu.

Niedostateczny monitoring

W Polsce działa kilka tysięcy punktów monitorowania jakości wód – powierzchniowych i podziemnych. Taka sieć, uzupełniana badaniami z punktów mobilnych, może by i wystarczyła. Szkopuł w tym, że pomiarów dokonuje się rzadko. Wcale nie codziennie, ale często raz lub dwa razy na rok.

– Na dodatek czyni się to niemal wyłącznie (wyjątki zdarzają się rzadko) w urzędowych godzinach pracy. Taka jest praktyka działania Inspekcji Ochrony Środowiska. Nie ma pieniędzy na opłacenie całodobowych dyżurów, toteż wyjazdy nocne i wieczorne zdarzają się niezwykle rzadko. Wiedzą o tym wszyscy truciciele. I dlatego do zrzutów dochodzi w nocy czy w weekendy. Rzeka ma naturalne zdolności do samooczyszczania, stężenia toksyn maleją, niczego udowodnić i zarzucić już nie można – wyjaśnia Hanna Grunt, przed przejściem na emeryturę dyrektor Wydziału Kształtowania i Ochrony Środowiska Urzędu Miasta Poznania.

Eksperci przestrzegają, że proceder dotyczy nie tylko „drobnych” trucicieli. Podejrzewają, że dotyczyć może także większych zakładów, które na zrzut ścieków uzyskują oficjalne pozwolenia, a kanały zrzutowe oficjalnie rejestrują.

– Moim zdaniem przed każdym takim punktem zrzutowym powinny być zamontowane kamera i czujnik, pokazujące na bieżąco stan i parametry odprowadzanych ścieków. Tak nie jest, często firmy zrzucające ścieki kontrolują je same. Przyjeżdża Inspekcja, patrzy na wyniki, daje pieczątkę i tyle – mówi prof. Mariusz Czop z Wydziału Geologii, Geofizyki i Ochrony Środowiska Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Dodaje, że osobnym problemem jest katalog parametrów wody, pod kątem których należy badać jakość wody. Ustawodawca numeratywnie wymienił ich niewiele. Katalog badań należy uzupełniać w miarę potrzeb i wymagań konkretnej rzeki. Nie zawsze tak się dzieje, w efekcie część parametrów badań pozostaje w ogóle niezbadana.

– Dodajmy do tego słabość polegającą na braku odpowiedniej analizy zbieranych danych. Mamy brak kadr także wśród analityków, którzy potrafiliby zebrać posiadane dane w całość, a następnie wyciągnąć z nich generalne wnioski co do trendów i zagrożeń – tłumaczy Hanna Grunt.

Gdy – już po tragedii na Odrze – władze państwowych Wód Polskich rozpoczęły w całej Polsce kontrolę wylotów odprowadzających ścieki i wody opadowe do rzek, inspektorzy naraz odkryli, że mamy… ponad 17 tys. urządzeń, które nie miały uregulowanego stanu formalnoprawnego lub nieznany był ich właściciel! W dorzeczu Odry było ich 5816. Stwierdzono, że 282 wyloty działały nielegalnie, na 3,5 tys. wydano pozwolenia – co do reszty trwają dodatkowe wyjaśnienia. Dane te świadczą o „rewelacyjnej sprawności” systemu monitorowania ścieków w Polsce w sierpniu 2022 roku. A jednocześnie stanowią dowód na słabość tego systemu w poprzednich miesiącach i latach. Jak można było przeoczyć taką masę zaniedbań? Przy czym zidentyfikowano jedynie źródła potencjalnych zanieczyszczeń. I nadal nie wiemy, co z nich przedostało się do rzek.

Na brak monitoringu skarżą się między innymi firmy wodociągowe. – Negatywne skutki tego braku obserwujemy na co dzień. Dodatkowo susza często wymusza ograniczenie lub nawet zatrzymanie poboru wody i wywołuje większe stężenie zanieczyszczeń. Pojawiają się takie zdarzenia jak te w Odrze, gdzie największym wrogiem jest niewiedza co do źródła zanieczyszczeń. 

Do tych wszystkich zagrożeń należy dodać niepewność związaną z niewydolnym monitoringiem państwowym i brakiem systemów ostrzegania – wylicza Klara Ramm z Izby Gospodarczej „Wodociągi Polskie”.

Ujęcia wody radzą sobie w ten sposób, że – wyręczając instytucje rządowe – same budują swoje sieci wczesnego ostrzegania i badania wody (więcej czytaj na str. 13).

Brak koordynacji 

W wypadku Odry system wczesnego ostrzegania nie zadziałał, bo… go nie było. Jednakże zadziałał inny system, może nie wczesnego, ale zawsze ostrzegania. 31 lipca rybacy wydobyli z Odry 8 ton martwych ryb. Dzień później burmistrz Oławy poinformował oficjalnie Jarosława Obremskiego, wojewodę dolnośląskiego, o martwych rybach i zanieczyszczeniu. Wojewoda ogłosił zakaz łowienia ryb na dolnośląskiej części Odry… aż dziesięć dni później. I dopiero wtedy, 11 sierpnia, podjęto skoordynowane przeciwdziałanie skutkom katastrofy. W tym czasie fala toksycznej wody dotarła już do województwa zachodniopomorskiego.

– Z punktu widzenia zarządzania kryzysowego to był czas stracony. Katastrofie nie można już było zapobiec, można było natomiast starać się ograniczyć jej rozmiary – mówi Marian Żuber.

Z kolei dr inż. Wojciech Hryb z Politechniki Śląskiej zauważa, że zrzuty ścieków przemysłowych wymagają uzyskania zezwolenia. Prawo stanowi również, że ścieki przemysłowe – bez względu na to, z jakiego rodzaju działalności pochodzą – „nie powinny być wprowadzane do środowiska w sposób niezorganizowany”.

W zaistniałej na Odrze sytuacji można było choćby zaapelowa...