Gdyby porównać całą kulę ziemską do piłki nożnej, to sama woda na Ziemi byłaby piłką do tenisa. Natomiast objętość wody pitnej w tych proporcjach przypominałaby pestkę wiśni. To tylko kilka ciekawostek, a jest ich naprawdę wiele. Warto powtarzać, że wodę należy szanować, oszczędzać i wyhamować jej obieg. Zatrzymywać, zwłaszcza w obszarach miejskich. Do tego są nam potrzebne m.in. rośliny, czyli kłania się… „zarastanie”.

Noblistka o spokojnych oczach, Wisława Szymborska, pisała: „Deszcz lekko szeleści w leszczynie”. Szeleści w liściach, a krople… spadają na beton, ten z serialu „Betonoza”, następnie woda rozpędza się i nie ma gdzie się zatrzymać, więc wzbiera i pędzi. Jeśli trafi na kanalizację, to ją zalewa, gdyż ostatnio często jest to deszcz nawałnicowy, dla którego instalacje są za małe i niewydolne. Spójrzmy dalej, co się dzieje. Nie ma ujścia, no to… zalewamy! Zaczynają się podtopienia, zalane ciągi komunikacyjne, przejazdy i piwnice. Tak właśnie budujemy sobie miasta. Jakby w oderwaniu od rzeczywistości. Działka przy działce, każdy sobie. Zysk dla pojedynczych podmiotów zmienia się w stratę dla ogółu. Mam tu na myśli zarówno zalewanie, jak i utratę wody dla miasta, a co za tym idzie – zwiększanie się temperatury, zmniejszanie wilgotności i suszenie się miasta czy podnoszenie kurzu i pyłu. A woda? Woda pędzi do rzek. Rzek, od których miasta odwróciły się plecami.

Czy jest antidotum?

Ogrody deszczowe, beczki podpięte do rynien i podziemne zbiorniki to najnowszy trend w ekorozwoju naszych miast, bo przecież należy zatrzymywać wodę w mieście, gdyż jest jej mało. Poza retencją trzeba ją jeszcze spowalniać w trakcie deszczów nawałnicowych. Potrzebne są profesjonalne technologie i rozwiązania. To wszystko prawda. Tylko w dużej części jest to marketing i PR, czasami nawet greenwashing, a nie faktyczne działania. W portalach społecznościowych i na stronach www pojawiają się reklamy ślicznych plastikowych zbiorników na deszczówkę, a to tylko kilkadziesiąt litrów wody. Kropla w morzu potrzeb. To po prostu za mało.

Co więcej można zrobić?

Mam taki przykład. Woda spływa z trawnika na chodnik, a potem wprost do kanalizacji. Nie odwrotnie. Mamy zatem szybkie wysuszanie się terenów zieleni, co widać na trawnikach w lecie. W osiedlach, zwłaszcza nowych, w których nie ma drzew zacieniających, a gleba jeszcze nie nabrała równowagi, jest to widoczne najbardziej. Pasy drogowe i murawy przy szkołach czy miejscach użyteczności publicznej są koszone do gołej ziemi, bo to ekonomiczne. Rośliny zatrzymują wodę, to wiemy, a mimo wszystko sadzimy ich mało w proporcji do innych elementów inwestycji. Nie wspomnę już o podłożu oraz gruncie pod rośliny i trawniki – często są one martwicą, która nie kumuluje wody. Zważając na powyższe, musimy podjąć duże i konkretne działania. Postawić zarastanie w kontrze do betonozy. Muszą to być zbiorowe i przemyślane działania dla całego miasta. Z rozwiązaniem tego problemu trzeba dotrzeć do jak najszerszego grona odbiorców. Samorządowców, architektów, deweloperów. I działać skutecznie na wszystkich etapach procesu inwestycyjnego.

Proste rozwiązania

Najlepsze są proste rozwiązania. Takie, które wymyślamy już na etapie projektów ideowych. Takie które, opanują całą przestrzeń działki, a nie będą tylko jakimś małym skrawkiem terenu do zbierania wody. Od razu piszę, że nie krytykuję tu realizacji ogrod&oacu...