Tak stało się, kiedy kilka lat temu inwentaryzowałem drzewa przy ulicach w Szczecinie. Był listopad, pogoda stabilnie deszczowa, a czasem można było zapomnieć, że słońce w ogóle wzeszło. Podczas mierzenia kolejnego jesiona podchodzi do mnie kobieta i pyta: – Panie, co pan robisz w taką okropną pogodę? – Drzewa inwentaryzuję – odpowiedziałem. – No tak – westchnęła – lepsza taka praca niż żadna! Nie była to szczególnie pokrzepiająca konstatacja, jednak muszę zaznaczyć, że pokrzepienia nie potrzebowałem: to była dobrze płatna praca, do której kwalifikacje zbierałem przez lata, zaliczając gdzieś po drodze doktorat z botaniki. Skąd zatem się wzięła? Może po prostu wyglądałem niewyjściowo; w ubraniach przemoczonych i ubrudzonych od pokrytej glonami kory drzew. Bardzo możliwe też, że moja interlokutorka wcześniej w ogóle nie zauważyła, że w tej okolicy rosną drzewa. Pomysł ich inwentaryzacji wydał się jej więc tak absurdalny, że musiało to być dorywcze zajęcie dla bezrobotnych, na wzór francuskich Ateliers nationaux z XIX w.

„Wytną wreszcie to drzewo”

Zresztą nie tak wcale rzadko okazuje się, że ludzie nie znają słowa „inwentaryzacja”, prosząc o powtórzenie, gdy mówię, czym się zajmuję. Cóż, wchłonięci przez pasję odkrywania przyrody, często zapominamy, że dla większości ludzi pozostaje ona obojętna; podobnie jak nasze aksjomatyczne terminy: ekosystem, symbioza, mikoryza. Dla większości są one równie enigmatyczne jak dla mnie oblic...
Plus

Wykup dostęp do płatnych treści Portalu Komunalnego!

Chcesz mieć dostęp do materiałów Portalu Komunalnego Plus?

Wykup dostęp — 5,00 zł
Płatności obsługują: PayU BLIK

Masz już dostęp do tego artykułu?

Podaj adres e-mail użyty przy zakupie — wyślemy Ci nowy link dostępu.