„Nic nie kupuj, wszystko masz. Napraw, stwórz, wymień”. Plakaty z takimi hasłami trafiły na ulice czeskich miast. To akcja zorganizowana przez czeskie stowarzyszenie na rzecz zero waste w ramach kampanii „Jesteśmy w porządku”. „Być w porządku” oznacza nie wytwarzać zbędnych odpadów. Dalej na plakacie rozwinięcie myśli: „Chcieć mniej to najlepsza rzecz, jaką możemy zrobić dla świata i nas wszystkich”.

Autorką kampanii jest Nikola Hurychova z Pragi, graficzka, która przez wiele lat jako dyrektor artystyczna tworzyła kampanie reklamowe w największych agencjach. Na swojej stronie pisze: „Po wielu latach marnowania energii poprzez namawianie do kupowania wszystkiego, bo <<to wszystko jest ci niezbędne>>, spełniłam marzenie – stworzyłam reklamę <<Nie kupuj niczego>>”.

Można oczywiście powiedzieć: gorliwość neofity. Albo: wszystko ma, więc nie potrzebuje (na pewno jest bogata i trochę jej odbiło…). Ale czy naprawdę nasze potrzeby są uzasadnione?

Z perspektywy pracy w agencji reklamowej na pewno szybciej można zrozumieć mechanizmy wywoływania potrzeb. A przecież o to w posiadaniu chodzi. Czujesz potrzebę i nie zastanawiasz się długo – kupujesz. No bo niby skąd masz wziąć, jak nie ze sklepu? Nie zastanawiasz się, kto tę potrzebę i jak wtłoczył ci do głowy.

Wszystko zależy od przyzwyczajeń

Wydaje się, że jednym z ważniejszych wyzwań w obliczu świata wyczerpujących się zasobów jest uświadomienie jak największej grupie ludzi absurdu takiego myślenia. Po pierwsze, naprawdę wszystko (lub prawie) masz i nie potrzebujesz więcej, np. trzeciej, trochę lepszej suszarki do włosów.

Po drugie, możesz naprawić to, co się psuje (tak, wiem, często się nie opłaca, ale możesz! Wspierasz w ten sposób też sektor usług).

Po trzecie, możesz pożyczyć, współdzielić (już nie tylko książki w bibliotece, ale też rower, skuter, samochód, itd.). Po kolejne wreszcie – sięgnij po rzeczy z drugiego obiegu, one są już wyprodukowane!

I tu pojawia się blokada w naszych głowach. „Używane? To jest dla biednych! Mnie stać na nowe. Idę do sklepu, żeby napędzać rozwój gospodarki. Po kimś? Nie, brzydzę się…”.

Koledzy z pokoju obok zastanawiali się ostatnio nad własnymi reakcjami. Jeśli coś stoi koło śmietnika, nie wezmą tego do domu za żadne skarby choćby mebel, sprzęt AGD czy album były im potrzebne. I chyba nawet śmietnik nie jest tu największą przeszkodą mentalną. Podobne reakcje obserwuję przy poznańskich giveboksach, szafach do dzielenia się przedmiotami, do których mieszkańcy z wielką chęcią przynoszą rzeczy już im niepotrzebne, jednak często mają opór, by samemu z nich skorzystać. Ja mam wszystko – tak się tłumaczą, ale idę o zakład, że miejsce w szafie częstokroć robią na kolejne zakupy.

Rzeczy mogą żyć dłużej

W idei gospodarki obiegu zamkniętego chodzi o maksymalne wydłużenie życia wyprodukowanych już przedmiotów. Ich powstanie wiązało się z pracą ludzi (często nieopłacanych godziwie w krajach dalekiej Azji), ze zużyciem surowców (woda potrzebna do produkcji dżinsów pozwoliłaby zaspokoić pragnienie człowieka przez trzynaście lat!), z zanieczyszczeniem środowiska, z karczowaniem lasów pod uprawy, itp. Pozwólmy im zatem żyć dłużej niż sezon. Na przekór kampaniom tworzonym w agencjach reklamowych.

W naszej firmie od dwóch tygodni stoi wieszak – givebox – wzorowana na istniejących w przestrzeniach publicznych szafa do dzielenia się. Wiszą w niej sukienki, bluzki, spodnie, jest trochę filmów i książek. Pomału zaczyna się ruch – rzeczy znikają, przybywają nowe. Pojawiają się pytania: „Czy trzeba coś oddać, żeby wziąć?”, „Czy to za darmo?”. Pojawiają się olśnienia: „ojej, zawsze chciałam coś takiego!”.

Wszystko masz, nie kupuj nic. A jeśli chcesz sobie zrobić przyjemność, weź to, co daje ktoś inny. Może takie szafy w firmach to pierwszy krok do przełamania mentalnych barier na drodze do gospodarki obiegu zamkniętego.

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj