Czy zaleją nas odpady zielone? Nie, o ile z drzew tej jesieni nie opadną liście. Ale raczej nie ma na to szans – zresztą wszystko opada na myśl o niektórych absurdach w systemie gospodarki odpadowej w naszym kraju. Pierwszy przykład z brzegu: wprowadź obowiązek selektywnego zbierania odpadów zielonych, a potem powiedz, że ich nie odbierzesz ze względu na limity instalacji, choć jej faktyczne moce przerobowe są znacznie wyższe, niż te ujęte w planach…  

Poznańska biokompostownia miała być dla regionu rozwiązaniem problemu odpadów zielonych. Jednak instalacja przekroczyła już planowany na ten rok limit ich przyjmowania. Czy to znaczy, że jesienią odpady nie będą odbierane od mieszkańców? Rozważa to właśnie Związek Międzygminny Gospodarka Odpadami Aglomeracji Poznańskiej (GOAP). Wszystko przez limity określone w wojewódzkim planie gospodarki odpadami (WPGO).

Selekcję na „bio” mamy już we krwi 

Selektywna zbiórka bioodpadów obowiązuje w Poznaniu od stycznia tego roku. Na ulicach  brązowe pojemniki zaczęły się jednak pojawiać dopiero wiosną kiedy zaczął się okres porządkowania ogrodów. Za pojemniki mieszkańcy zapłacili sami. Wielu zastanawiało się, czy to w ogóle potrzebne oraz jak będzie wyglądał ich odbiór. Szeptano o „śmierdzącym problemie”, a do pomysłu odnoszono się raczej niechętnie.

MTP 300 x 250

Początkowym problemem w nowej sytuacji była choćby częstotliwość odbioru odpadów – skarżono się, że są odbierane zbyt rzadko. Że w wyniku opóźnień w odbiorach odpadów zaczyna przybywać i nie wiadomo co zrobić z ich cuchnącą nadwyżką. Dlatego to, co nie mieściło się w pojemniku, trafiało często do brązowych worków z lat poprzednich. Najczęściej nie było to odbierane, co tłumaczono przepisami. Reklamacje sypały się lawinowo – w wielu przypadkach nie przynosiły jednak pożądanego skutku.

Z czasem sytuacja zaczęła się docierać, a system zdawał się działać sprawnie. Okazało się, że brązowy pojemnik nie kojarzy się z wylęgarnią owadów, setkami much i dławiącym odorem. Pojemnik naturalnie wkomponował się w miejski krajobraz i do szafek pod zlewem w naszych mieszkaniach.

Potem okazało się, że system ma więcej luk…

Prawdziwym testem nowego systemu będzie jednak czas gdy z drzew zaczną spadać liście. Mowa o limitach w przyjmowaniu przez kompostownie odpadów biodegradowalnych.

Poznańska kompostownia jest przeładowana i istnieje ryzyko, że odbiór odpadów zostanie wstrzymany. W tym momencie zdeponowano w niej przeszło 33 tys. ton trawy, liści i odpadów kuchennych, czyli o ponad 3 tys. ton więcej niż przewidziano w WPGO. Tymczasem realne limity instalacji wynoszą 46 tys. ton rocznie, więc generalnie moce przerobowe w poznańskiej biokompostowni są, ale przepisy stanowią inaczej.

O limitach zadecydował sejmik województwa wielkopolskiego po konsultacjach społecznych i w oparciu o informacje od marszałka województwa. Urząd marszałkowski podkreślał, że rzekomo nikt nie wnosił uwag w tej sprawie na etapie ustanawiania planu.

Sprawę inaczej widzi GOAP, który odbiera odpady w stolicy Wielkopolski i okolicach. Związek twierdzi, że wielokrotnie zgłaszał potrzebę zwiększenia limitów, przewidując, że w samym 2016 r. zebrano więcej bioodpadów niż miało to być zapisane w nowym planie. Zmian nie uwzględniono, co widać niestety dopiero teraz, gdy odpadowcy alarmują, że jesienią może być problem.

Oby liście nie spadły z drzew

Co to oznacza dla mieszkańców, którzy dopiero co oswoili się z brązowymi pojemnikami na bio? Czy trzeba będzie schować je do szafy i zapomnieć o zbiórce odpadów zielonych? Czy system nawalił bezpowrotnie, a sposobem na kopce zagrabionych liści będzie ich spalenie na ogrodzie? A może urzędnicy dojdą do porozumienia i rozwiążą absurdalną sytuację, zwyczajnie umożliwiając mieszkańcom proekologiczną zbiórkę bioodpadów. Bo jeśli nie pomagają, to niech chociaż nie przeszkadzają.

Póki co, pozostało nam obserwować te przepychanki i modlić się o zażegnanie absurdu. I o to, żeby tej jesieni liście nie spadły z drzew, ale to już fantastyka większa niż to, że kiedyś ktoś pomyśli zanim zrobi.

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj