W przeszłości miasta budowane były m.in. po to, by ludzie czuli się w nich bezpieczniej. Poczucie komfortu podnosiło oderwanie od natury – dzikiej, groźnej, nieprzyjaznej. Z czasem jednak podejście do niej ewoluowało.

Tęskniąc za naturą, stopniowo zazieleniliśmy miasta, zaczęliśmy tworzyć publiczne parki – jako pożądaną alternatywę wobec nielicznych, wcześniej zamkniętych ogrodów. W ten sposób w miastach, które wraz z rewolucją przemysłową mocno urosły, zaczęły się tworzyć enklawy sprzyjające również zwierzętom. Dziś, gdy mamy świadomość, że masa zwierząt, które hodujemy jako pokarm lub dla przyjemności, jest wielokrotnie większa niż masa wszelkich zwierząt dziko żyjących na ziemi, wielu z nas lepiej rozumie, jak ważne jest tworzenie warunków, w których zwierzęta mogą spokojnie egzystować – jako nasi sąsiedzi.

To nie ozdobne dekoracje

Czy dla dzikich zwierząt życie w mieście obok nas – ludzi, coraz bardziej świadomych, dbających o ekologię – jest idyllą? Niekoniecznie. To prawda, że większość z nas woli patrzeć na zieleń, a nie na beton. Prawdą jest też to, że powszechniejsze otaczanie się przez ludzi zielenią pozwala większej liczbie owadów, drobnych kręgowców, ptaków, a nawet ssaków przeżyć i żyć w całkiem znośny sposób. Czasem ich życie w mieście jest nawet bezpieczniejsze, bo żyjąc obok ludzi, przebywają z dala od drapieżników, które atakowały je częściej w naturalnych, dzikich obszarach przyrody. Jednak jesteśmy ludźmi i zawsze dążyć będziemy do tego, żeby świat przekształcać na swoją modłę, kierując się własną wygodą i aktualnie obowiązującymi kanonami estetycznymi. W konsekwencji często w kontakcie z miejską naturą zachowujemy się bardzo krótkowzrocznie. Najchętniej chcielibyśmy widzieć wokół wyłącznie zwierzęta dekoracyjne, w jakiś sposób miło się kojarzące. Dlatego spodoba się nam widok fruwających motyli, chętnie posłuchamy też śpiewu ptaków. Zaakceptujemy niezbyt dużą grupkę gołębi, a w parkowym stawie ucieszy nas zestaw: kilka kaczek i para łabędzi. Trudniej jednak przychodzi nam zrozumienie wzajemnych zależności, dzięki którym możliwa jest autentyczna bioróżnorodność.

Zwierzęta mają swoje potrzeby

Ptaki chcą założyć gniazda – szkopuł w tym, że często nie mają gdzie, bo usuwamy z miejskiej przestrzeni stare, dziuplaste drzewa i akceptujemy radykalne przycinanie konarów i gałęzi miejskich drzew. Ludziom przeszkadzają komary i skłaniają się ku opryskom. Niestety oznacza to, że pisklęta ptaków, dla których właśnie komary są podstawą diety, mogą tego nie przeżyć. Dorosłe ptaki poszukają więc innych miejsc i lepszych warunków do gniazdowania. A my, ludzie, gdy oprysk przestanie działać, zostaniemy z komarami (kolejne pokolenia tych owadów w lecie lęgną się szybko), za to bez ptaków, które mogłyby zredukować ich natarczywość. Pragniemy też, by motyle kręciły się malowniczo wokół kwiatowych rabat, ale zbyt często ignorujemy fakt, że ich gąsienice jako pożywienia potrzebują rodzimych, mało dekoracyjnych roślin, np. pokrzyw (ulubiona roślina w menu wielu rusałek: pawika, admirała, kratkowca), szczawiu (przysmak gąsienic czerwończyków) czy zwykłej koniczyny (dla modraszków). Jeśli trawniki zostaną bardzo krótko przycięte i spryskane preparatem przeciwko chwastom, a „dzikie chaszcze” zbyt starannie uporządkowane, liczba motyli w okolicy szybko spadnie. Natomiast sterty liści i gałęzi są konieczne, by zimę przetrwały jeże i jaszczurki. Ograniczenie stosowania herbicydów, w tym wciąż zbyt popularnych środków na bazie glifosatu (np. Roundup), pomaga przeżyć żabom, których kijanki są rekordzistkami w zjadaniu larw komarów. Może więc lepiej polubić widok chwastów w przestrzeniach pomiędzy płytami chodnikowymi lub usunąć je mechanicznie, bez stosowania chemii? Miejski ekosystem to delikatny układ, bardzo łatwo wytrącić go z równowagi.

Konieczne są odpowiednie warunki

Projektowanie zieleni we wsp...