1 / 8

Co z tego, że według różnych statystyk odpady segreguje około 60-70 proc. Polaków, skoro przy odrobinie swobody i anonimowości niespecjalnie przejmujemy się ani segregacją, ani nawet porządkiem? Po co branżowe spory skoro nawet na festiwalu, który promuje społeczeństwo obywatelskie, tylko niewielka garstka przejmuje się górami śmieci?

Jeżdżę na Woodstock od lat. Uwielbiam ten festiwal, nawet razem z towarzyszącymi mu niekoniecznie przyjemnymi zapachami. To jego element składowy, ale kilka „mniej sterylnych” dni w kilkusettysięcznym tłumie jeszcze nikogo nie zabiło. Byłem, żyję, polecam.

Jednak po tegorocznej edycji nasunęła mi się smutna refleksja. Po tym co widziałem, stawiam tezę, że dla większości z nas racjonalne gospodarowanie odpadami to puste słowa. To niby oczywistość, ale właśnie na Pol’and’Rock Festival – bo tak od tego roku brzmi nazwa festiwalu Woodstock – widać to jak na dłoni.

Krok w dobrym kierunku…

– Pol’and’Rock Festival chce być imprezą ekologiczną. Bacznie śledzimy najnowsze rozwiązania i co roku wprowadzamy „zielone” nowości. Na terenie festiwalu rozmieszczone są punkty, w których możesz oddać swoje śmieci, a my zadbamy o ich recycling. Przygotowaliśmy dla Was kilkadziesiąt tysięcy worków, które będziemy Wam w czasie Festiwalu rozdawać. Śmieci będziecie mogli zostawić w  ponad 30 specjalnie utworzonych punktach na terenie całego Festiwalu – czytamy na stronie organizatora.

I rzeczywiście, punkty były dobrze widoczne, a część uczestników wzięło sobie do serca te prośby: jedni odnosili worki w wyznaczone miejsca, inni uczestniczyli w konkursie polegającym na dostarczeniu do specjalnej strefy jak największej ilości aluminium i plastiku, jeszcze inni jeździli pojazdami napędzanymi energią elektryczną.

Warto pochwalić te ekologiczne i PR-owe zabiegi. Szkoda tylko, że ten rodzaj edukacji w skali kilkusettysięcznego tłumu to nawet nie kropla w morzu potrzeb.

…i dreptanie w miejscu

Co roku z terenu festiwalu wywożone jest około 400 ton odpadów. Jednak „teren festiwalu” nie obejmuje ogromnego obszaru wokół niego. Po zakończeniu imprezy sprzątaniem zajmuje się firma wynajęta przez organizatorów. Oficjalne sprzątanie uznaje się za zakończone, gdy teren skontrolują kostrzyńscy urzędnicy.

A trzeba wiedzieć, że przy samym festiwalu powstaje miasto – z ogromnymi prywatnymi parkingami, campingami, stoiskami gastronomicznymi i leśnymi obozami. Ich mieszkańcy i użytkownicy bardzo nie sprzątają nawet po sobie. Stąd hałdy śmieci widoczne przy każdym niemal słupie, drodze i szlaku przemierzanym przez festiwalowiczów. Może nawet same hałdy nie są problemem, bo przynajmniej śmieci leżą jednym miejscu. Większym są odpady leżące na środku dróg.

Zastanawiam się, na jakim poziomie jest edukacja ekologiczna, skoro puszkę, plastikowy kubek, miskę, kartonik czy butelkę ogromna liczba woodstkockowiczów nadal rzuca pod nogi.

Warto dać szansę

Nie całą winę można zrzucać na uczestników festiwalu, którzy przez kilka dni bawią się i to najczęściej na lekkim rauszu. Może trzeba pomyśleć za nich i dać im możliwość, nie tyle zbierania odpadów do biodegradowalnych worków, ile produkowania ich mniejszej ilości?

Tymczasem na wszystkich niemal stoiskach wciąż królują plastikowe, w najlepszym wypadku papierowe, jednorazówki: talerzyki, sztućce, miseczki, puszki, butelki i kubki. Nie jest do tylko domeną Woodstocku, bo wystarczy przejść się na pierwszy lepszy osiedlowy festyn.

Ale Woodstock to nie festyn, to jeden z największych festiwali w Europie. I nie rozumiem dlaczego jeden z głównych sponsorów wciąż nie wprowadza – choćby częściowego – systemu kaucyjnego za plastikowe kubki, skoro takie rozwiązania można natrafić już na innych, mniejszych muzycznych imprezach. Oczywiście takie rozwiązanie musiałoby kosztować znacznie więcej niż jednorazowe kubki i uruchomienie punktu, w którym można oddać plastik. Warto być jednak mądrzejszym i pozorowanymi działaniami nie iść śladami twórców ekościemy spod znaku „plastik nie jest taki zły„. Jest i, jak widać, jest wszechobecny.

Pol’and’Rock mógłby stanowić doskonały przykład realnych, przynoszących wymierny skutek, działań ekologicznych wprowadzanych na gigantyczną skalę. Na razie – z całym szacunkiem do organizatorów – wspomniane akcje sprawiają wrażenie, jakby ich pomysłodawcy wychodzili z założenia, że lepiej leczyć niż zapobiegać.

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

6 Komentarze

  1. Idiotyzmem, bo inaczej tego nazwać nie można jest wymóg Lecha – odebrania w jednym momencie naraz 5 piw lanych, żeby otrzymać wielorazowy kubek (taki właśnie trwały, jak kaucyjny na innych festiwalach). Czy nie lepiej dać ten kubek przy zakupie 5 lub np. 10 kuponów, a nie wymagać by jeden człowiek brał naraz najpierw jednorazówek z piwem, żeby dopiero dać mu porządny kubek.

  2. Jak na koncert i taki zlot – to jest genialnie czysto.
    Byłem na koncercie w Pradze, który trwał 3 godziny (a nie 3 dni) i murawa to było jedno wielkie wysypisko smieci.

    TRZEBA WIEDZIEĆ O CZYM SIE PISZE I Z CZYM PORÓWNUJE.

  3. Mili Państwo dwa lata temu byłem w Helsinkach, gdzie po jakimś koncercie muzycznym nad ranem nie szło przejść. Śmieci po kolana i mnóstwo pracowników komunalnych chodzących z chwytakami i udającymi, że wybierają odpady (zwykły zbieracz w Polsce ma wydajność przynajmniej 20 krotnie większą). Owsiak to nie moja bajka aczkolwiek muzyka rockowa i punkowa – już tak, natomiast patrząc na te worki na Woodstocku oddaję pełen szacun dla zbierających (może to i kropla w morzu, ale takowej na imprezach na zachodzie nie widziałem. Zupełnie inna kwestią jest segregacja w miejscu zamieszkania.
    W tak czystym kraju jak Finlandia wszystkie śmieci lądowały na ziemi. Podobnie jest w Europie Zachodniej, tylko tam poprzez prowadzenie głupawej polityki multi-kulti jest zagrożenie terrorystyczne i dlatego kosza na ulicy, po prostu nie zobaczysz.

  4. Jaka piękna demagogia!
    Nazwanie „Festiwalem muzycznym” jarmarcznej imprezy, podczas której wielbiona przez motłoch grupa człekokształtnych osobników drze bez opamiętania ( i bez sensu) swe małpie ryje z estrady ku uciesze w/w taplającego się w błocie motłochu…
    Czy ktoś słyszał kiedykolwiek, aby goście np. festiwalu (muzycznego, a jakże!) w Bayreuth, gdzie obowiązują stroje wieczorowe, a bilety (kosztujące gruuuuuube tysiące Euro) kupuje się z kilkuletnim wyprzedzeniem zdewastowali środowisko?
    To jakiś upiorny chichot losu, że muzyką nazywa się dziś nieartykułowane wycie, a „festiwalami muzycznymi” masowe imprezy chlania, dawania w żyłę i zbiorowych orgii w wydaniu mentalnych nizin społecznych.

  5. Najważniejsze…… żeby zgadzała się kasa w kieszeniach niektórych osób……, a śmieci to już czyjś problem. Dlatego uważam, że dopóki nie będzie podobnego systemu kaucyjnego podobnego jak w Niemczech……będzie syf, brud, i śmietnisko w tym Kraju. Ps. A część śmieci zalega jeszcze na polu po dziś dzień….

Skomentuj