Budżety obywatelskie i partycypacyjne to już stały element finansów polskich miast. Biorąc jednak pod uwagę częstotliwość błędów formalnych we wnioskach, wydumane koszty realizacji czy często wątpliwą wartość dla społeczności, trzeba jednak zadać pytanie: czy ich forma jest na pewno odpowiednia?

Przeprowadziłem niedawno bardzo ciekawy panel dyskusyjny podczas branżowej konferencji organizowanej przez katowicki zakład zieleni miejskiej. Tematem była partycypacja społeczna – dobrodziejstwo czy udręka w zarządzaniu miejską zielenią. Z tej racji, że wśród uczestników byli w zdecydowanej większości specjaliści, wnioski były raczej jednoznaczne – więcej kłopotów, niż korzyści. Choć nikt znaczenia tych drugich nie podważał.

Jednym z dyskutantów był Harald Dietrichkeit, szef zieleni publicznej w niemieckiej Kolonii. Nie mogłem przegapić okazji, by spytać go, jak budżety obywatelskie wyglądają u naszych zachodnich sąsiadów. Nie ukrywam, mocno mnie zadziwił –  funkcjonuje tam zupełnie inaczej pomyślany system, niż u nas. Obawiam się także, że lepszy.

MTP 300 x 250

Niemcy budżety rozdają z rozsądkiem

W Kolonii roczny budżet na inicjatywy obywatelskie to zaledwie 900 tys. euro, czyli ok. 3,8 mln zł. Pamiętajmy, że Kolonia jest czwartą co do wielkości metropolią Niemiec, ma 405 km2 powierzchni i liczy ponad milion mieszkańców. Projekty społeczne przechodzą przez gęste sito ocen i decyzji, zanim ktokolwiek dopuści je pod publiczne głosowanie.

Do realizacji kierowane są najlepsze koncepcje podzielone na dziewięć miejskich okręgów. Wszystkie pomysły muszą spełniać wymogi liczącej kilkaset stron Księgi Zieleni Miasta Kolonii, a proces weryfikacji zrealizowanych inwestycji jest niezwykle szczegółowy. Słowem – nie ma miejsca na fuszerkę na żadnym etapie spełniania obywatelskich „zachcianek”.

Oczywiście Kolonia rozwojowo jest lata świetlne przed nawet najnowocześniejszymi polskimi miastami. Nie musi też zaspokajać podstawowych potrzeb, z którymi polskie samorządy zmagają się na co dzień i których realizacja spychana jest na obywateli właśnie w ramach budżetów partycypacyjnych. Jednak przyglądanie się każdemu wydawanemu euro nie wygląda mi na oznakę głupoty.

Polski system wymaga poprawy

Wróciłem do rzeczywistości i z ciekawości przejrzałem gliwicki budżet obywatelski na przyszły rok. Miasto liczące nieco 180 tys. mieszkańców, i mające ponad trzykrotnie mniejszą powierzchnię niż Kolonia, postanowiło na ten cel przeznaczyć 6,7 mln zł. Sporo i na bogato. Zainteresowany spojrzałem, kto na co głosował. Przykro mówić, ale nie sądzę, aby w Kolonii nawet mały procent gliwickich pomysłów przeszedł przez wstępną ocenę specjalistów, dopuszczających je do głosowania. O realizacji rzecz jasna nie mówiąc.

W sumie w Gliwicach oddano nieco ponad 23 tys. głosów, jednak prawie 4 tys. okazało się nieważnych (to też jeden z problemów natury systemowej, niezbędny do wyeliminowania). Zatem 19 tys. mieszkańców postanowiło zagospodarować 6,7 mln zł na realizację swoich pomysłów. Oznacza to, ze każdy głos „warty” był ok. 350 zł. Dużo. Odpowiedzialność też spora, więc miałem nadzieję, że chociaż inicjatywy poparte będą odpowiednią liczbą głosów.

Ktoś w Gliwicach wpadł na pomysł, aby w sześciu dzielnicach miasta przeprowadzić po 24 „zajęcia aktywizujące dla młodzieży, obejmujące m.in. elementy pracy w grupie, radzenia sobie ze stresem i umiejętności pierwszej pomocy”. Każda dzielnica za 40,8 tys. zł, razem 244 tys. zł. Łatwo obliczyć, że w skali roku daje to 144 spotkania, każde kosztujące 1,7 tys. zł. Trudno mi oceniać walory takich mityngów, zapewne są one wartościowe i potrzebne, nie podważam też dobrych intencji. Jednak, jeśli weźmiemy pod uwagę, że w sumie na ten pakiet zagłosowało 52 gliwiczan (jeden głos – 4692 zł), możemy zacząć zastanawiać się o co tu diaska chodzi?

Fitness za 15 tys. zł, kurs jazdy na rolkach za 30 tys. zł

Brnąłem z analizą dalej. Na os. Ligota Zabrska wybrano do realizacji wartą 15 tys. zł „organizację zajęć fitness i aerobiku dla 50 kobiet raz w tygodniu z przerwą wakacyjną”. Czy zgromadzą 50 chętnych kobiet na fitness i aerobik, skoro za pomysłem głosowało 6 osób? Nie wiadomo, może kobiety trzeba będzie dowozić z innych osiedli.

W Śródmieściu gliwickim będzie co tydzień warta w sumie 15 tys. zł zumba dla 15 kobiet w wieku 50+. Też nie wiadomo, czy nie będzie trzeba dopuścić do zajęć młodszych pań, ponieważ póki co zainteresowanych jest dziewięć osób.

W jeszcze innym miejscu miasta pięć 10-osobowych grup będzie miało kurs jazdy na rolkach za 30  tys. zł. Będzie, bo w głosowaniu chciały tego cztery osoby. Z kolei cykl pięciu wycieczek rowerowych dla mieszkańców osiedla Wójtowa Wieś to propozycja za 8,9 tys. zł. Liczba osób głosujących „za” – jedna. Na szczęście z wycieczkami rowerowymi jest akurat o tyle dobrze, że zawsze można zgarnąć kogoś po drodze…

Wyliczałbym dalej, pokazał inne miasta, ale brakuje miejsca. Miłośników Excela odsyłam na strony gliwickiego urzędu miejskiego – gwarantuję świetną zabawę na długie letnie wieczory.

Wracając zaś do meritum, warto zadać sobie pytanie, co będzie, gdy skończą się pieniądze z unijnych dotacji, bo przecież to z nich pochodzą głównie pieniądze na zaspakajanie oczekiwań mieszkańców. A prędzej czy później (raczej prędzej) to źródło wyschnie. Wielu zada sobie wówczas pytanie – dlaczego tak mało osób partycypowało w podejmowaniu decyzji, gdzie podziały się rezultaty dotychczasowych obywatelskich projektów, co z nich trwale zostało dla naszych dzieci?

I dlaczego wcześniej nikt nie wpadł na pomysł, aby jednak z łatwym i pozbawionym refleksji wydawaniem pieniędzy zrobić porządek? Pieniędzy ogólnodostępnych, co w tej sytuacji bardzo często wydaje się niestety oznaczać – niczyich.

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

4 Komentarze

  1. Czy wiadomo, od ilu lat funkcjonuje w Kolonii budżet partycypacyjny? Ilu urzędników pracuje nad weryfikacją projektów? Niestety mam wrażenie, że często błędy wynikają z nawału pracy urzędników zieleni miejskiej (tak jest w moim mieście). Co do utylitarności projektów vs wysokości (niemałej) środków, przeznaczonych na ich realizację – zapewne słuszna jest ścieżka Dąbrowy Górniczej, gdzie społeczność wspólnie pracuje nad projektami, nie ma więc zagrożenia, że BP to jakiś niszowy plebiscyt, w którym spełniane są partykularne potrzeby jednostek. Niestety wychodzi na to, że największa praca do wykonania jest w sferze mentalności: zaangażowania i odpowiedzialności obywatelskiej, której nam brakuje w odniesieniu do realiów niemieckich. U nas ciągle niewielu myśli i działa na rzecz swoich interesów (albo swojej grupy), a nie dobra wspólnego.Do tego drugiego trzeba obywatelskiej dojrzałości i nierzadko – chodzenia na kompromisy.

  2. Dzień dobry
    Niestety, czasu było zbyt mało, aby wchodzić w szczegóły, ale obiecuję wrócić na PK do tematu. Porozmawiam z Haraldem o konkretach. Z polskich „ciekawostek” z ostatnich dni dodam tylko, że w Toruniu wpadli na kolejny ciekawy pomysł – warunkowo (póki co) dopuszczono do realizacji projekt wydania w ramach BO 2019 kwoty 312.000 zł na… spłatę zadłużenia miasta. „Mniejszy dług – bogatszy Toruń”…
    Pozdrawiam

    • Dzień dobry,
      Dziękuję za odpowiedź. Dla mnie bardzo ważne jest to jak wyjść z impasu, w którym znalazł się krakowski BO. Po raz kolejny w tym roku wygrał projekt, który pewnie nie będzie realizowany (tutaj ewidentnie zabrakło weryfikacji ze strony urzędników), co pewnie sprawi, że Krakowienie z jescze większą niechęcią będą na to patrzeć i w ogóle przestaną głosować. Inna sprawa, że projekty w dzielnicach są zwyczajnie słabe (obawiałabym się, że gdyby odsiać jednak te remonty chodników, progi zwalniające itp.) to niewiele by zostało…

  3. Panie Dominiku,
    Czy wie Pan może jakie projekty wygrywają w Kolonii i jak oni radzą sobie z frekwencją obywateli (a dokładniej zachęcanie ich do wzięcia udziału w głosowaniu)?

Skomentuj