Pandemia COVID-19 spowodowała, że wiele osób zdecydowało się zmienić sposób podróżowania i zamieniło komunikację miejską na samochód. Jednak badania wyraźnie pokazują, że maseczki skutecznie chronią przed zakażeniem COVID-19, a ryzyko zarażenia się koronawirusem w środkach transportu zbiorowego nie jest większe niż w innych miejscach.

W „Przeglądzie Komunalnym” 9/2020 zostały zaprezentowane wyniki badań ilustrujące ryzyko zakażenia koronawirusem w chińskich szybkich kolejach. Były to pierwsze na świecie wyniki badań związane z obecną pandemią. Kolej – z racji większej przestrzeni oferowanej pasażerom niż mogą to zapewnić inne środki transportu – nie jest reprezentatywna dla transportu zbiorowego. Zdecydowana większość podróży odbywa się bowiem środkami transportu, które oferują pasażerom mniejszą powierzchnię. W transporcie zbiorowym dominują autobusy, a w Polsce – co jest specyfiką naszego kraju – niewielkie busy, gdzie wymagane zachowanie minimalnego dystansu 1 m nie jest możliwe. Tramwaje zapewniają lepszą możliwość zachowania dystansu pomiędzy pasażerami niż autobusy. Zrozumiałe jest, że świat oczekuje na wyniki badań pokazujące ryzyko zakażenia w takich środkach transportu.

Pewną namiastką takiej analizy są badania niemieckiego Instytutu im. Roberta Kocha (Infektionsumfeld von erfassten COVID-19-Ausbrüchen in Deutschland. „Epidemiologisches Bulletin” 38/2020). Instytut nie badał ryzyka zakażenia w poszczególnych środkach transportu, tak jak naukowcy z University of Southampton (Wielka Brytania) w przypadku chińskiej szybkiej kolei. Niemcy przeanalizowali tylko te ogniska zakażenia, które udało się jednoznacznie przypisać miejscom zakażenia, i ustalili ich udział we wszystkich zakażeniach. Oczywiście, jednym z tych ognisk były środki transportu zbiorowego. Istotną różnicą pomiędzy badaniami angielskochińskimi a niemieckimi był fakt, że pasażerowie niemieccy byli wyposażeni w maski. W Niemczech, podobnie jak w Polsce, wprowadzony został obowiązek noszenia maseczek w transporcie publicznym. W Polsce nie jest on powszechnie przestrzegany, ale u naszych zachodnich sąsiadów sprawa traktowana jest poważnie i trudno spotkać kogoś bez poprawnie założonej maski. W Niemczech nakaz ten obowiązuje także na obszarze dworców i peronów. Nie zostały tam wprowadzone, jak w Polsce, ograniczenia w liczbie podróżnych mogących korzystać z autobusu, tramwaju czy pociągu. Bywają one przepełnione jak przed pandemią. Wyłączone pozostaje tylko kilka miejsc, podobnie jak w Polsce, znajdujących się bezpośrednio obok prowadzącego pojazd. Niemieccy przewoźnicy przypominają o zachowaniu dystansu, o ile jest to możliwe. W pociągach drużyny konduktorskie informują, w których wagonach jest więcej miejsca, i rozładowują tłok.

Zbyt duża ignorancja

Na niemieckim tle w Polsce wyglądamy źle, bo wielu naszych pasażerów trzyma maseczki pod nosem i zdejmuje je, gdy nie ma nadzoru albo wręcz sabotuje ich noszenie i korzysta z transportu zbiorowego bez masek. W naszym kraju egzekucja poprawnego noszenia masek w środkach transportu praktycznie nie działa, więc część pasażerów wykazuje dużą ignorancję wobec wytycznych epidemiologicznych. Dzieje się tak mimo zapowiadanych komunikatów w zradiofonizowanych środkach transportu. Trzeba zwrócić uwagę, że badania angielsko-chińskie w chińskich kolejach dotyczyły sytuacji braku wymogu stosowania masek.

Niemiecki Instytut im. Roberta Kocha przeprowadził badania źródeł zakażeń koronawirusem wśród osób zakażonych w pierwszych czterech miesiącach pandemii. U naszych zachodnich sąsiadów zanotowano dotychczas ponad 230 tys. zachorowań. Badacze zastrzegają się, że w zaledwie 27% przypadków można było jednoznacznie stwierdzić, gdzie doszło do zakażenia, i prześledzić jego rozwój. W pozostałych przypadkach pochodzenie wirusa pozostało niejasne lub nieznane. Mimo to naukowcy określili orientacyjną skalę i miejsca zakażeń. Zdaniem badaczy, w niektórych sytuacjach trudno wychwycić pochodzenie zakażenia. Możliwe jest więc, że niektóre źródła są niedoszacowane. Studium niemieckiego Instytutu jest jednym z pierwszych opublikowanych badań na ten temat, nic więc dziwnego, że wiele w nim znaków zapytania, niedopowiedzeń i braków. Jednak krytyczne spojrzenie na nie pozwoli z pewnością na korektę prac przy kolejnym podejściu. Ciekawe zatem, czy kolejne wyniki badań potwierdzą te dotychczasowe.

Szczegółowe badania Instytut im. Roberta Kocha, podobnie jak University of Southampton, prześledził dużą próbę badawczą, bo aż 55 141 z 202 225 zgłoszonych przypadków zachorowań na COVID-19, które można było przypisać do co najmniej jednego ogniska. Dla pozostałych 147 084 przypadków nie potrafiono znaleźć miejsca źródła zakażenia, więc nie poddano ich szczegółowej analizie. Do największej liczby zakażeń doszło według kolejności:

- 13 314 przypadków...